Bajki
Pliszka
Pliszka się z pawiem sprzeczała:
Piękny masz ogon - nie powiem...
Nie wiem, jednak, czy bym chciała
Taki kłopot mieć na głowie.
Ciężar to zbyt niepraktyczny,
Jakże trudny w utrzymaniu
Widok - owszem - idylliczny,
W guście twej umiłowanej.
Lecz ja szare wolę piórka
Nie wołają - Hej! - z oddali
Lepiej się sprawdzają w chórkach...
Pliszka swój ogonek chwali.
Rosół w różu
Jadła Natalka rosołek,
Przy długim dębowym stole
I zanosiła się płaczem
Różowym, jakże inaczej…
Natalka wielbi różowy
– Różowy i masz ją z głowy –
Inne kolory już rzadko…
Róż w ciemno biorę na świadka.
Nie mogłem strawić jej żalu,
Zwłaszcza, że utkwił w realu.
Różowy płacz serce ściskał,
Różową fontanną tryskał.
To śmieszne. Rosołek w różu?
Gustu poczucie się burzy,
Bo gust w tej bezguścia dobie
Jak mumia czułby się w grobie.
Czas wspominając miniony
Wyłby jak duch potępiony,
Soprany by sprzedał za basy,
Błękitu robił zapasy…
Cóż rosół winien był? Przecież
Pożywny i smaczny, że cię...
Żeby przyprawiać go różem
Tego nie zniesie nikt dłużej.
Natalko! Zjedz już ten rosół.
Wzniosłem na szczyt się patosu,
Niczego przecież nie zmieni
Różowy płacz do jesieni.
Rosołek Natalki
Gdy Natalka dziś go jadła
Rozchichotał się rosołek,
Aż jej łyżka w talerz wpadła.
A to szelma i wesołek!
„Czy to ładnie żeby danie
Śmiechem - ot tak - wybuchało?
- Pyta, a na pożegnanie -
Figlarz z ciebie, jakich mało.
Już nie będę ciebie jadła,
Nie chcę zostać ochlapana.
Chyba nie chcesz bym zasłabła…
Nie wypada! Proszę Pana!
Wolę, żeby grzeczna zupka
Niespodzianek nie robiła,
Nie spróbuję więcej ‘czubka’
Nawet, gdybym sto lat żyła!
Nawet gdybyś jedynakiem
Do niedzieli się gotował,
Choćbyś nie wiem jakim smakiem
W wielkim garnku się przechwalał,
Już nie będziesz ulubionym…
Śmiać nie będziesz się bezkarnie,
Choćbyś niskie bił pokłony,
Od tej pory będziesz marny”.
Odtąd jej pomidorówka
Jakby bardziej smakowała,
Czułe słała zupce słówka…
‘Śmieszka’ odtąd za nic miała.
Sum
Na dnie rzeki nie tak dawno rzecz się działa,
Której to już może dzisiaj mniejsza o to.
Z młodą rybką, co się wydać zamierzała,
Leszcz opisał sytuację taką oto:
Pan jest raczej niepoważny Panie Sumie,
Pan wyraźnie do ożenku nie gotowy,
Mówi płotka, bo pogodzić się nie umie,
Że zamęścia, choć go pragnie nie ma z głowy.
Tak starała się, tak chciała go za męża…
Sum to partia, którą nie pogardzi płotka
Bo nie trzeba nie wiem z czego mieć oręża…
Może szczęście kiedyś jeszcze płotkę spotka.
Sum zazwyczaj do ruchliwych nie należy,
Na dnie rzeki – jak to sumy – wyleguje
Ale z płotką, kiedy spotka – bądźmy szczerzy –
Bez wahania moc wigoru wypróbuje.
Ale żeby zaraz śluby i tak dalej…
Lepiej – płotko – żebyś sumom dała spokój.
Popłyń mała w trzcin azyle i zaszalej;
Ten już stary, pewnie bielmo ma na oku.
Marne szanse
Zakochała się śliwka w granacie.
To, co najmniej mezalians – ktoś powie.
Tyle było w miłości temacie…
Taka z trudem się mieścić chce w głowie.
Lecz, czy to – inny rzekł – niemożliwe?
Miłość chadza różnymi drogami.
Choć się głosy zdarzają życzliwe,
Szanse marne a droga ze łzami.
Skoro sprawa jest z tych beznadziejnych,
Niesądzony im Marsz Mendelsona,
Nie zachwyci przyjęcie weselne,
Nikt nie powie – gdzie on, tam i ona…
Śliwce łatwiej by było ze śliwką,
Granat pewnie by wolał z granatem…
A to kończy się zwykle pokrzywką;
Spisze śliwka granata na stratę?
Podwórkowa banda – Bajka, nie bajka…
Pluskwa domowa z Turkuciem podjadkiem
Bandę nad bandy stworzyli ukradkiem.
Kto ich namówił? Teorii jest kilka.
Skąd pieniądz mieli? Spokój. Jeszcze chwilka…
Z insektów wsparciem, a było ich wiele,
Przegnali mrówki, pszczoły, ważki, trzmiele.
Wciornastkom, stonce, karaluchom, kleszczom
Przyznali rangi… Tak. To brzmi złowieszczo…
Ze wsparciem brudnej propagandy knuto
Nikczemność każdą opłacając suto,
By kraść, jak mówią podwórkowe śpiewki,
Strasząc kijami, rozdając marchewki.
Turkuć pilnował, aby żaden motyl
Ani ciem rzesze nie czyniły psoty,
By ich podawać nie mógł nikt kontroli,
Ni szpilki w szprychy wkładać – jak kto woli.
By w poczynaniach bezkarnie swawolić
– Nie mogli sędziom na wolność pozwolić –
Posłusznym szyto ocieplane buty
Co miało gasić tlące się wyrzuty.
Lecz żadne szczęście nie umie trwać wiecznie.
Prędzej, czy później, a w bajce koniecznie,
Koło fortuny na chwilę omdleje…
Kran się zepsuje… mleko się rozleje…
Po latach przyszła na Matyska kryska.
Zabrakło węgla, i drożyzna tryska…
Złudne nadzieje szybko się rozwiały;
Pasikoniki pluskwę precz przegnały.
Turkuć próbował jeszcze wiarę niańczyć
Zagrzewał armię zgłodniałej szarańczy,
Ale nikt nie chciał już tych bredni słuchać
Po bandzie cisza ślad zamiotła głucha.
A gdyby komuś - zapewne przypadkiem -
Przyśnić się chciało – że był tego świadkiem,
Że z wyobraźnią w dobrą stronę bieży –
Tyle mu powiem, i jak chce niech wierzy.
Podwórkowa banda - Bajka nie bajka, bez cienia rymu…
Pluskwa domowa z Turkuciem podjadkiem
Bandę na wspólnym stworzyli podwórku.
Kto ich namówił? Kilka jest teorii.
Skąd pieniądz mieli? Tego też nikt nie wie.
Z pomocą równie paskudnych insektów
Przegnali mrówki, pszczoły, ważki, trzmiele.
Wciornastkom, stonce, kleszczom, karaluchom
Przyznali rangi fachowców w tematach…
Zawsze ze wsparciem brudnej propagandy,
Każdą nikczemność opłacając suto,
W kradzieżach sprawną zawiązali klikę
Zaopatrzoną w kije i marchewki.
Turkuć pilnował, aby żaden motyl
Ani ciem rzesze im nie przeszkadzały,
By ich podawać nie mógł nikt kontroli,
Nikt nawet szpilki nie mógł wsadzić w szprychy.
By z bezkarności korzystać dobrodziejstw
Sąd należało odsadzić swoimi.
Liczne profity uspokoić miały
Tlące się czasem sumienia wyrzuty.
Lecz żadne szczęście nie umie trwać wiecznie.
Prędzej, czy później, w bajce czy w realu
Koło fortuny zatnie się i klapa…
Kran się zepsuje… mleko się rozleje…
Po latach przyszła kryska na Matyska.
Zabrakło węgla, straszyła drożyzna…
I się podwórko zmieniło w pustynię;
Pasikoniki pluskwę precz przegnały.
Turkuć próbował jeszcze sam podgryzać,
Zagrzewał armię zgłodniałej szarańczy,
Ale tych bredni nikt już słuchać nie chciał;
Marnie skończyła podwórkowa banda.
Gdyby ktoś dostrzegł jakieś podobieństwo
Do spotykanych nad Wisłą przypadków,
Że ma – i dobrze - bujną wyobraźnię,
Tyle mu powiem i, jak chce niech wierzy.