Bajki

Bajka

Nie wiem czy się znaleźć uda

Groźniejszego coś, niż nuda.

Lecz szczególnie bywa groźna

Ta dziecięca, rzec by można.

Gdy nie mają zadań dzieci,

Szybko pomył im zaświeci,

By coś spsocić, „talent” zdradzić,

„Eksperyment” przeprowadzić.

Dzieci muszą mieć zajęcie

Gry, zabawy mają wzięcie.

Trudno je do książki zmusić,

Dobrą bajką, można skusić.

W konkurencji ze smartfonem

I techniki licznym gronem,

Tylko bajka wygrać zdoła,

Gdy ciekawa i wesoła.

Dzieci lubią świat bajkowy

Rozweselać wciąż gotowy.

Bajki bawią, czasem smucą

Dobrze, kiedy jeszcze uczą.


Biedronka

Zakochała się biedronka

W wielobarwnych wstęgach tęczy,

Napisała list do słonka:

Nie wiem jak Ci się odwdzięczę,

Bo zasługi Twej nie zmierzy

Nikt i żadnym urządzeniem.

Chcę dziękować jak należy,

Zdania w kwestii tej nie zmienię.

Łąka pięknie rozkwiecona

O paletę wręcz zazdrosna...

I ja jestem zachwycona,

Chciałabym mieć takie krosna.

Tkała na nich bym kobierce,

Po kobiercach bym do nieba

Biegła, bo tak każe serce...

Pięknej tęczy mi potrzeba,

Żeby po niej wszystkich dzieci

Zamówieniom licznym sprostać,

Bożą krówką zwą mnie przecież,

Tęczę chcę w prezencie dostać.


Słowik

Kiedy się rozpocznie lato,

Żar za dnia się z nieba leje,

Wieczór z lekkim chłodkiem za to

W noc przechodzi aż zadnieje,

Wtedy słychać piękne dźwięki

Słowik spać nie daje w nocy

Za ten koncert wielkie dzięki

Kto udzieli mu pomocy?

Za dnia czasu ma niewiele

i zapewne głos zbyt slaby,

Że niedługo ma wesele

Zawiadamia wszystkie żaby.

„Dziękujemy ptaszku pięknie,

Wybacz, ale nie przyjdziemy,

Kto na nasze stawy zerknie

Kiedy my tam balujemy?

Bocian w imieniny Danki,

Gdy zachciało się nam tańczyć,

Prawie wszystkie zjadł kijanki,

Już nie mamy kogo niańczyć?”

Słowik kończy śpiew przed świtem

Narzeczoną bawić musi,

Koncert groził wręcz nieżytem,

„Lesie, pomóż?”… pięknie prosi.

Słowik spółkę miał mieć z dudkiem,

Spotkał go na próbie chóru.

Śpiewał, ale z marnym skutkiem

Dudkowego dość miał wtóru.

To co w chórach czasem gości,

Takie chu chu tam się przyda,

Solo, raczej wszystkich złości,

Kto na karnet dutki wyda?

Kto zatańczy słysząc: chu chu

Wciąż bez końca w jednym rytmie,

On zwyczajnie nie ma słuchu

To kukułka nawet wytknie.

Chyba lepiej wróbla prosić,

Na sposoby różne ćwierka.

Chu Chu nikt nie będzie znosić.

Puchacz z czubka świerka zerka.

„Komu to się nie podoba,

Gdy uchu-chuu głośne słyszy?

Toż to wszystkich pień ozdoba,

Na ten głos truchleją myszy.

Ja dudkowi to wybaczam,

Chu-chu niech nie będzie sporem,

Lecz tonację sam wyznaczam:

Śpiewam basem, on tenorem.

Ze moje nuty niech nie wchodzi,

Dudek za dnia będzie śpiewał,

Niech z kukułką się pogodzi,

Przecież spółki się spodziewał.

I nie będę dudka prosić:

„Nazbyt nie zakłócaj ciszy!”

Chcę przed zmrokiem wszem ogłosić:

Spokój! Będę łowił myszy!

Do północy czekam na nie,

Potem słowik zacznie trele,

Mam na sprawne polowanie,

Przez ten hałas, szans niewiele.

Płynie koncert uszom miły.

Tylko słowik tak potrafi

Skąd on bierze tyle siły.

Śpiewa gdy na ciszę trafi.

Cały tydzień, tak do świtu

Śpiew wypełnia krótkie noce,

Wszystkie arie bez monitu,

Za nie chętnie go ozłocę.

Nagle skończył: Stać! Rewizja!

Ukochaną, gdy zdobędzie

– Nie wiem czyja to decyzja –

Od tej pory milczeć będzie.

Zamilkł tak: przez trel rywala,

Który śpiewał jej miłośniej?

Czy mu żona nie pozwala?

Już nie lubi muzy głośnej?

Może: biedak wpadł w złe sieci?

Słowikowa pragnie ciszy?

Może swe kołysze dzieci?

Kiedy las go znów usłyszy?

Żuraw zwołał dzieci, wnuki;

Zimno. Lećmy na południe!

Smętnie będą krakać kruki,

Czas się wlecze jakoś nudnie.

Ciepło wspomną dudka spółkę,

Kiedy cisza smutna wokół,

Natkną się gdzieś na pustułkę,

Lato im przypomni sokół.

Bocian wiosnę znów przywoła

Gdy pisklęta już wysiedzi,

Słowik pomocników zwoła

Znów usłyszą trel sąsiedzi.

Na ten jeden koncert letni

Warto wieś odwiedzić, bowiem

Nikt tak nocy nie uświetni

Jak słowika trel... podpowiem.

Sroczka Bercia

Sroczce Berci z Dolistowa

Śni się podróż do Krakowa.

Pragnie - będąc pod urokiem

Zaprzyjaźnić się ze smokiem.

Bercia jest ciekawa świata.

Zwłaszcza kiedy w słońcu lata

Tu podfrunie, tam podskoczy,

Każdej dziurce zajrzy w oczy...

Właśnie miała szczęścia nieco,

Nie szukając go ze świecą,

Zobaczyła w książce Kasi

Wawel w całej jego krasie.

Jak wiadomo tam pod zamkiem

Smok żarłoczny wczesnym rankiem

Wokół groty się rozgląda

Od Krakusów jadła żąda.

Chciała sroczka iść z pomocą

Wyruszyła więc przed nocą

Autostopem do Osowca

Może tam się trafi owca.

Że nie było... nie ma sprawy.

Wsiadła w pociąg do Warszawy.

Od stolicy w Pendolino

Czas podróży szubko minął.

Sprawa owcy ją dręczyła

W pierwszym sklepie więc zwędziła

Z chili chipsów cztery paki

Nie wyczula cienia draki.

Witaj smoku urodziwy,

Z głodu pewnie ledwie żywy,

Mam dla ciebie na przekąskę...

Smok zawołał - Tłustą gąskę?

Może z KFC kurczaka,

Z Mc Donad`s -a megapakę

Zapiekankę lub kebaba?

Choć to porcja raczej słaba.

Sowa

Kto na drzewie widział sowę

Wie, że skręcić umie głowę

I to wcale nie dla hecy

Tak, by własne widzieć plecy,

A, że wzrok ma doskonały,

Myszy, które uciec chciały,

Łacno wpadną w sowie szpony.

Aplauz słychać z każdej strony.

Nawet kuna i łasiczka,

Bociek na czerwonych tyczkach,

Doceniają wyczyn sowy.

O podśmiewkach nie ma mowy,

Zazdrość raczej - nawet podziw.

W łowach o skuteczność chodzi

A w nich sowa jest mistrzynią

- Wszystkie to bez szmeru czynią -

Zawsze bezszelestnie lata

W tym jest rekordzistką świata,

Że niezwykle słuch jej służy

W myszach budzi respekt duży.

Lisy medal jej przyznały,

Bo - jak sowy - też by chciały

Spadać cichcem na ofiary;

Dla nich to nieomal czary.

Każda sowa dzień przespawszy

Stróżom nocnym przykład dawszy,

Skoro tylko zmrok zapada

Mówi: Zjeść już coś wypada.

I bez cienia indolencji

Nie dla sławy i prezencji

Wszystkich myszy są postrachem

Oprócz tych co śpią pod dachem.

Choć im szczęścia też nie wróżę,

Bo tam kuny, koty, tchórze...

Sowa się na strychu chowa

Gdy odpocząć chce po łowach.

Przyjaciele

Rzekł sopelek do sopelka

To przyjemność dla mnie wielka.

Wisieć z tobą w jednym rzędzie

Zawsze mi zaszczytem będzie.

Sympatyczny mój kolego

Jesteś smaczkiem losu mego.

Kto tak dobrze cię wychował?

Czyś przypadkiem nie z Krakowa?

Tam w najstarszej Alma Mater

Lekcje brał mój chrzestny fater

Też był świetnie wychowany.

Jakie szczęście mam. O! Rany!

Nie tak łatwo spotkać „sopla”

Który wisząc nie miał hopla

A przynajmniej nie klął wrednie,

Opowiadał same brednie.

Wiesz jak trudno wytrwać z takim?

Kiedyś chciałem, tak dla draki,

Strącić go z mojego dachu,

Lecz skończyło się na strachu.

Bo czy nowy mój kolega

Nie okaże się „lebiega”

I patrz ile szczęścia miałem,

Druha mam, jakiego chciałem.

Sopel z soplem tak rozmawiał

Póki ciepły wiatr nie zawiał

I rozpuścił wszystkie snadnie.

Straszne! Horror! Fe! Nieładnie!

Może jeszcze mróz powróci

Śnieg ze słońce się pokłóci

Sople dwa się znów spotkają

Może szczęścia trochę mają.

Przyjaźń ich się nie skończyła,

Dłużej od nich będzie żyła

Bo się w strofy bajki wciela.

A czy ty masz przyjaciela?

Jemiołuszki

Jemiołuszkom do poduszki

Wywróżyły kiedyś wróżki:

Wam nad Wisłą kraj sądzony

Tam gdzie wróble... tam gdzie wrony...

Tu, daleko na północy

Śpi królowa wiecznej nocy.

Trudno o cos do jedzenia...

Do widzenia! Do widzenia!

Zimę łatwiej tam przetrwacie

Wyjścia - wierzcie nam - nie macie.

Tam was- - mówiąc między nami -

Karmić będą okruszkami.

W pięknych ptasich restauracjach

Suta czeka was kolacja,

Tęgie mrozy przetrwać będzie

Łatwiej znaczne niż tu wszędzie.

Chcecie raczyć się kalinką

Jałowcami, jarzębinką?

Hen nad Biebrzę podążajcie,

Ani chwili nie zwlekajcie

Bo nad Biebrzą w Dolistowie

Jemioł czeka całe mrowie

Dereń się dojrzały trafi

A on smaczny być potrafi.

Wszelkich fruktów wybór duży:

Głogu, cisa, dzikiej róży.

Pędźcie! Fruńcie! - radzą wróżki

Jemiołuszkom do poduszki.

Co do jednej posłuchały

Bo czy wybór jakiś miały?

Umrzeć z głodu na północy

Gdzie ni zjeść co... ni pomocy...

Żadnej larwy, ni komara,

Miast przysmaków śniegu chmara,

Na dodatek ciemno wokół,

Ani ranka, ani zmroku,

Ptaszkom burczą puste brzuszki...

No i jak nie słuchać wróżki.

Tak, co roku tuż przed zimą

Lecą w świat - im - dziwnych imion.

Słyszą: Aniu! Krzysiu! Basiu!

Janku! Piotrku! Zosiu! Kasiu!

Patrzcie! Ile jemiołuszek!

Każdej trzeba dać okruszek.

Nie okruszek! Jarzębinkę

Głóg, jemiołę lub tarninkę!

Znane to przysmaki ptasie

Wynik tez przewidzieć da się,

Bo fruwając całą zgrają

Moc nasionek rozsiewają.

Więc wyrosną nowe drzewka...

Lecz to całkiem inna śpiewka.

Dżem i marmolada

Dżem się zakochał w słodkiej marmoladzie.

Cały w skowronkach, lub w truskawkach raczej,

Cieszył się myślą, że na jednej ladzie

Znajdą się kiedyś sami - tak inaczej.

Zdań zbyt krytycznych o niej nie podzielał

Bo jak się z takim okrucieństwem godzić?

Nocą się w rolę romantyka wcielał

By jemu tylko życie chciała słodzić.

Lecz Marmolada, jak to marmolada,

Nie mogła dżemu nie wiem ile czekać,

Nie czuła nawet, że to zasad zdrada

Nie rozumiała: ”Jak tak można zwlekać?

Zamknięty w słoju zbyt pozwala sobie

Na nieskończenie długie rozmyślania.

Mógł przecież spytać... Co ja tutaj robię?

Dziwny to amant, co się tylko kłania.

Ja tu na ladzie leżąca wysycham,

Mam znacznie krótszy termin przydatności,

Czy on nie widzi, jak do niego wzdycham?

Jak galareta trzęsę się ze złości!

Ty! Truskawkowy! Zdecyduj się wreszcie

Bo pewnie jutro już mnie tu nie będzie,

Siedzisz jak więzień w swym szklanym areszcie,

Takich kochanków to ja znajdę wszędzie.”

Prawdę mówiła słodka marmoladka,

Tak wielu przed nią zdejmowało czapkę,

Puszkę z sąsiedztwa mogła wziąć na świadka,

Dżem się nie spisał, choć wielką miał chrapkę,

Lecz tak po prawdzie nieco szczęścia miała...

Czas jakiś jeszcze dżemowi się śniła,

Nie ma, co płakać - rychło zrozumiała -

Bo do piernika smacznego trafiła.

A ten ją silnym przytulił ranieniem

Dech marmoladce zaparło. że miło...

Oddala mu się z pełnym zrozumieniem

I słodko się jej - choć niedługo - żyło.

Dzięcioł

Któż nie zawoła: Och! lub - Ach! lub - Ale...!

Gdy będąc w lesie zobaczy dzięcioła.

Musicie wiedzieć... to nie łatwe wcale

Bo niewidzialny, tajemniczy zgoła.

Lecz gdy się dzięcioł do roboty bierze,

Każdy pień zawsze sumiennie opuka

Zawsze fachowo, zawsze w dobrej wierze

A to nie łatwe szkodnika odszukać,

Który jak gangster pod korą grasuje

W świerku i w innych schorowanych drzewach

Kanały drąży, dreszcze wywołuje...

Nikt nie ma za złe, że dzięcioł nie śpiewa.

Każdy z daleka i tak go rozpozna,

Po całym lesie echo się rozchodzi,

Jego pukania przegapić nie można.

Kornikom tylko taki koncert szkodzi.

Dzięcioł, to lekarz - mówimy potocznie

A las mu wdzięczność i szacunek winien,

Ale to efekt - rzec można - uboczny,

Larw wyjadanie nie jest chlubnym czynem.

Jak nic... korniki są jego przysmakiem,

Za ich larwami latałby dzień cały,

Dla drzew jest jednak nadzwyczajnym ptakiem,

Chirurg to - zdaniem dębów - doskonały.

Aż dziw, że mu się w głowie nie zakręci

Od tego kucia dziób go nie rozboli,

Ale bez obaw - nic go nie zniechęci

I zamiast śpiewać stukać w drzewa woli.

Póki się w borze rozlega pukanie

Drzewa się mogą czuć nieco bezpiecznej.

Każdy las winien mu podziękowanie

Nas również cieszy. Być musi... Koniecznie.

Psotek

Dorotka ma kotka

A kotek jest Psotek.

Na psoty ochotę

Dorotki ma kotek.

Bo psot w życiu kotka

Jak każda błyskotka

Ma wielkie znaczenie,

To Psotka spełnienie.

Gdy Psotek się łasi

Dorotka chęć gasi

Więc kotek na płotek

Spogląda - bo psotek...

Za płotkiem Dorotki

Czekają już kotki

Na Psotka zaloty.

Moc w kotkach tęsknoty.

I psotek napsoci

I rośnie ród Psoci,

Ma o to Dorotka

Pretensję do Psotka.

Szlabanik ma Psotek

I odtąd pieszczotek

Odwiedzać nie może

O jakiej chce porze,

Lecz zawsze, gdy kotki

Usłyszy miau słodki,

Wbrew woli Dorotki

Wyskoczy na psotki.

Strach na wróble i wierzba

Gdybym z pragnień swych zwierzył się wierzbie

- Strach na wróble rozważał ciekawy -

Może zdoła zrozumieć... A gdzieżby...

To nie dla nas sąsiedzie są sprawy.

Jednonożnym dalekie podróże...?

Do wędrówek potrzebne dwie nogi

Miast rozmyślać, co rośnie za wzgórzem?

Pytaj ludzi, już przeszli tą drogę.

Cztery łapy się marzą - kolego.

Taki ryś... Ten uwielbia wędrówki.

Trudno znaleźć piechura lepszego,

Nam zostają pokrętne wymówki.

Podpatrywać możemy jedynie...

Zapytamy, gdy będzie wracała,

Każdą chmurę, co nie wie gdzie płynie -

Jak tam było? Czy dal jest wspaniała?

Lubisz wierzbo odbierać nadzieję.

A tak chciałem się światem nacieszyć.

Może z wiatrem, gdy mocniej zawieje,

Bym pofrunął, gdy zechce się śpieszyć.

Wiosenne wróżki

Czytajmy bajki wszystkim dzieciom

Przed snem - nie ważne - w dzień, przed nocą

A ujrzą księżyc w norce kreciej -

Zmarznięty wciśnie się pod kocyk

Dalej snuć będzie bajki temat

Wyświetli wielobarwne światy,

Szlak za horyzont i dylemat -

Cola, czy z miętą łyk herbaty...

Dziś będzie o wiosennych wróżkach...

Pomimo chłodu za oknami,

Gdy po obiadku dzieci w łóżkach

Śnią, że się bawią kwiatuszkami,

Wianuszki wijąc ze stu mleczy,

Srebrne diademy ze stokrotek,

Z konwalii, co tęsknoty leczy...

Kotek się wdrapie znów na płotek.

A może dzisiaj się jaskółka

Odezwać zechce ludzkim głosem

I wytłumaczy, czemu spółka

Podszyta bywa smutnym losem.

Może zmartwienia wszystkie zbledną

Na chwilkę choćby, kiedy bajka

Będzie tą jedną odpowiednią

Melodią cudownego grajka.

Jakby to dziwnie nie zabrzmiało

I jakby się nie spisał grajek,

Szczęścia na świecie wciąż zbyt mało,

Więc jak nie czytać dzieciom bajek?

Jak paw

Wrażenie sprawić chcę jak ty -

Usłyszał do koguta paw.

Kurka, jak z pawiem chciałaby.

Wspaniale koguciku! Spraw!

Bo żebym ja miał z kurką... To

Podziękuję. Z nią raczej nie...

Z pawicą bardziej wolę, bo

Z kurą bym raczej czuł się źle.

I zapiał kogut - No wiesz, co?...

Źle z moja kurką?! - w konflikt brnął -

Ze mną zadziera mało, kto...

Pawie się z resztą strasznie drą.

A czy mój ogon taki zły...?

Niepyszny się na grzędę piął.

Szczerzyłby, gdyby mieć mógł kły.

Przez tydzień jeszcze jak szewc klął.

Sumik

Sumik nie rozumie w sumie

Czemu pływać dobrze umie.

Żadnych nie brał lekcji w szkole,

Nie wyćwiczył nic w mozole,

Żadnych starań nie poczynił,

Mimo to w dowolnej chwili,

Latem w cieple, zimą w chłodzie

Czuje się jak ryba w wodzie.

Z długim wąsem - niegolony -

Tata sum zadowolony,

Że ma takie zdolne dziecię:

„W końcu mój to sumik przecież,

Moja krew i moje geny,

I małżonki mej Bożeny,

Więc inaczej być nie może...

Miałby sumik pływać gorzej?

Czasem wręcz napawa grozą

Płynąc - owszem - z wdzięku dozą

Niemal wyskakuje z wody.

Do zmartwienia mam powody,

Bowiem mewa tylko czeka

- Nawet nie drgnie jej powieka -

By niesforne złapać rybię,

Ona wręcz na rybię dybie,

Marszczy mi na czole skórę,

Jak stworzenie mało które,

Zatem na wypadek wszelki

Sumikowi kupię szelki.”

Łyżeczka

Łyżeczka z widelcem ma sprzeczkę.

Powiecie: To dziwne troszeczkę

Bo kłócić się nie ma powodu.

Łyżeczki są lepsze za młodu.

Gdy trzeba się rozstać ze smoczkiem

Łyżeczka następnym jest kroczkiem,

Widelec troszeczkę zaczeka

I lepiej niech zbyt nie narzeka

Bo łyżka do zupy już tylko

Przydawać się będzie za chwilkę.

Nooo, może przy lodach się sprawi,

Szarlotka też zerka łaskawie.

Nie czas o detale się spierać.

Dziś lepiej przyjaźnie zawierać,

Tym bardziej, że wszystkie niezbędne...

By rzec to najbardziej oględnie.

Widelec się z nożem zapozna,

Z nim ręka być musi ostrożna

Bo przecież się można skaleczyć

I trzeba ją będzie podleczyć.

I łyżka, i nóż, i widelec

- Och! Wierzcie mi, będzie ich wiele -

Już służyć nam będą sumiennie,

Z kulturą, bez kłótni, codziennie.

Na starość lub w ciężkiej chorobie,

Choć sztućce się mają ku sobie,

Łyżeczka znaczenie odzyska.

O! Patrzcie! Humorem już tryska.

W siedmiu boleściach

Odkąd spełnić się w Unii próbuje

Nie śni Polska kremlowskich porządków,

Od soboty dzień w dzień tak do piątku

- Że się „braci” pozbyła - świętuje.

A więc może nadeszła już pora

By stosowne poczynić już kroki

Skoro płyną już ważne wyroki...

Kiedy zieje już paszcza potwora.

W aurze wyzwisk myślących inaczej,

Całkiem serio i bez niedomówień,

Zrzutkę winien lud zrobić - po stówie -

Żeby pozbyć się wreszcie partaczy.

Z całych sił „Info” zadmie w łże-tubę:

Że paskudnej to podstęp idei,

Że oszczerstwa to, że się nie klei...

Że prowadzi nas Unia ku zgubie.

Kto by jeszcze w te brednie mógł wierzyć,

Prócz nieuków i armii nierobów,

Fanów „samotuczących się żłobów”

Braknie skali by wszystkich ich zmierzyć.

Marzy cnota, że znowu zapłonie,

Bo plugastwo się pod nią podszywa.

Rozzuchwala paskuda się krzywa

Nie zhańbiły się pracą jej dłonie.

Zbudź się Polsko! Odnawiaj przyjaźnie!

Nigdy przestróg rozumnych za dużo,

Jak wciąż mało jest ludzi, co służą;

Niż głupota nic bardziej nie drażni.

Znów musimy na bój być gotowi

W wojnie z duchem zawziętej ciemnoty,

Nam nie może brakować ochoty

Żeby drogi znów słać postępowi.

Wolę mocne dwa złote dwadzieścia...

Cóż mi z pięciu gdy tymfa są warte,

Dość obietnic, jak z płyty mam zdartej,

Ja mieszkałem już w „siedmiu boleściach”.

W lesie

Tuż przed wrześniem w poniedziałek

W chłodny, chociaż letni ranek

Dziwna rzecz się wydarzyła,

Jakby cisza się znudziła,

Śmiech się rozległ w całym lesie

Bo po lesie wieść się niesie,

Że ślimaczki z leśnej paczki

Uczyć chciały się wspinaczki.

Śmiał się borsuk, śmiały sroki,

Lis - aż go bolały boki -

Pająk, to się wręcz zaśmiewał

Bo się tego nie spodziewał:

„Jak się wspiąć na jednej stopie?!

Czuję już jak gęś mnie kopie.

Osiem mam, w tym cztery prawe,

Wspinam się na sufit nawet,

Ale żeby taki ślimak...?

Toż to kupy się nie trzyma!”

Wspinać się bez nóg, choć dwójki?

Bzdura...! - zawrzeszczały sójki.

Nawet żaby w leśnym stawie

Rozkumkały się w tej sprawie

Roztaczały wizje czarne,

Choć pojęcie miały marne.

Tylko sowa się nie śmiała.

Mądra... Ona to wiedziała,

Że gdy ślimak zapał miewa

Wdrapie się na czubek drzewa.

Czasu zajmie mu to dużo:

Pod liść skryje się przed burzą

A gdy słonko ostro praży

Schowa w muszli się i marzy,

Że niedługo deszczyk spadnie

- Mżawka też mu uśmiech skradnie -

Wtedy pójdzie w dalszą drogę,

Szczyt zdobędzie i w nagrodę

Cieszył będzie się widokiem...

To milowym będzie krokiem

Do zwycięstwa, do medali.

„Wstyd tym, co tak ‘rechotali’!

Wasz śmiech świadczy o głupocie

Bo przykładów w lesie krocie

Takich i podobnych zdarzeń...

Brzydko! Brzydko śmiać się z marzeń!

Bo bez nóg się wybrać można

W rejs, gdy podróż jest ostrożna

Żeby w domku choćby ciasnym

Cieszyć się sukcesem własnym.”

Wiatr i sowa

Pewna sowa z Wygwizdowa

Z wiatrem zmagać się musiała

Zawsze czujna i gotowa

Dzień zazwyczaj przesypiała.

Zatopiona w azyl świerka

By się zawsze czuć bezpiecznie

Jednym okiem czasem zerka

Na wiatr, co by chciał wiać wiecznie.

Śpieszy mu się notorycznie:

To tu wpadnie... Tam zawieje...

Czasem fiknie artystycznie,

Czasem tylko się zaśmieje.

Ale kiedy zmrok zapadnie

Wiatr zasypia w Wygwizdowie,

Każde dziecko pewnie zgadnie,

Że się to spodoba sowie.

Otwierając wielkie oczy

Dojrzy łatwo, gdy spod grzybka

Nieostrożna mysz wyskoczy

I już po niej... chociaż szybka...

Sowa nieco posilona

W świerka wraca znów objęcia

Żeby czekać jak to ona

Aż się trafi coś do wzięcia...

I tak będzie aż las zaśnie.

Świt zagoi wszystkie rany

A gdy księżyc srebrny zgaśnie

Zawiruje wiatr wyspany.

Znów się sowa z Wygwizdowa

Po przepracowanej nocy

Gdzieś wśród szyszek pewnie schowa

Bo wiatr nabrać zechce mocy.

I znów będzie jak artysta

Zawadiackie kręcił kółka

Na sztachetach wiejskich świstał...

Wiatrom to z masełkiem bułka.

Słowik (2)

Gdy dzień nastał najdłuższy, oko zmrużyć trudno,

Pierwszy słowik rozpoczął doroczne zaloty,

Polnemu skowronkowi, nie w smak dźwięków sploty:

„Uważasz, że bez ciebie nocą jest zbyt nudno?

Dlaczego śpiewać musisz, kiedy spać iść trzeba?

Nocną ciszę zakłóca każde twoje słowo,

To nawet, co się jawi arią atłasową.

Czy ty myślisz, że możesz, boś jest bliżej nieba?

Wyżej ciebie się wzbijam, jednak się nie chwalę,

Czekam, aż słońce wzejdzie, skoro śni kochana,

A ty swe gardło zdzierasz, do samego rana!

Gdy w skrzydła moje wpadniesz, pewnie ci przywalę!

Słuchaj! Wredny sąsiedzie, tego już za wiele!

Ja spać muszę, więc zakończ swe nocne etiudy,

Gdy na nic się nie zdadzą wszystkie moje trudy,

Do Starosty zaskarżę twe żałosne trele.

A, gdy on się nie sprawdzi sprawę dam do sądu.

I choć sam nieźle śpiewam, zatrudnię papugę,

Groszem sypnę za zacną, fachową usługę,

Rachunek ty zapłacisz, otrzymasz do wglądu.

Gdyby jakimś przypadkiem i sąd nie poradził,

Z kogutem zawrę spółkę i doczekasz lania,

Jak tylko śpiew zakończysz, siądziesz do śniadania.

Już nie będziesz snom naszym, tak bezczelnie wadził.”

Ciszy nocnej burzyciel nie będzie bezkarny,

Na szacunek sąsiadów nie zdoła zasłużyć.

Świetlanej mu przyszłości nie sposób wywróżyć,

Za każdą noc skradzioną, dzień go czeka marny.

Ania

Ania w rączkach nożyk miała,

Gdy jabłuszko obierała.

O kłopoty się prosiła,

Nieostrożna bardzo była.

Skaleczyła się w paluszek,

Strachem najadł się jej brzuszek.

Plaster kleić trzeba było

Żeby licho nie straszyło,

Lecz nie grozi zakażenie…

Wszak dostała już szczepienie.

Nic… błonica, tężec, krztusiec,

Przed chorobą można uciec.

Wnet paluszek się zagoił,

Mamę z tatą uspokoił.

Zapamięta długo Ania

Skutki tego obierania.

Biała brzózka

Przestraszyła się dziś brzózka

Gdy skoczyła na nią kózka,

Więc się sprytnie uchyliła

Małą kózkę tym zmyliła.

Znany wszystkim smutny wynik,

Jaki przyniósł bystry unik.

Gdyby kózka bajkę znała,

To by nóżkę zdrową miała.

Gdy chcesz dzieciom dać podarki

Nie zapomnij czytać bajki.

One źródłem są mądrości

Czasem im uchronią kości.

W każdej bajce morał ważny,

Dobrze, kiedy jest poważny.

Skacząc, nie zrób sobie krzywdy

Nie narażaj życia nigdy.

Borsuczek

Hasał wesoło w gaju borsuczek,

Gdy na polance spotkał go Kruczek.

„Powiedz borsuczku, czemu tak hasasz

I ciągle figle mamusi płatasz?

Kiedy widziałem ją ranną porą

Ciebie wołała, stojąc przed norą,”

„Synku, borsuczku gdzie się zgubiłeś?

Mamine serce bardzo strwożyłeś.”

„Dziękuję Kruczku żeś mi powiedział

Wracam szybciutko, już będę wiedział,

By się od norki zbyt nie oddalać

I się za bardzo nie rozzuchwalać.

Nie chcę by mama ciągle czekała

I by przeze mnie łezki wylała.”

„Przepraszam mamo”: Mówi borsuczek,

Gdy go do norki sprowadził Kruczek.

Wszystko wywącha mój Kruczek sprytny,

Odnajdzie drogę, bo jest ambitny.

Pomaga chętnie borsuczkom małym

Ten czarny piesek z sercem wspaniałym.

Dzięcioł i Duduś

Dzięcioł syty - już jadł - więc wesoły

Dudka wysłać zamierza do szkoły.

Zwykle du-du dzięciołom się nudzi

Jak tak można wciąż dudzić i dudzić?

Może słowik mu kilka da lekcji

Lub chociażby w tej kwestii prelekcji,

Może dudzić by przestać już raczył,

Może dudził by jakoś inaczej.]

Dziwią wszystkich pretensje dzięcioła:

Bardziej tobie się przyda ta szkoła.

To paradoks, że nic nie rozumiesz,

Bez pukania dnia przeżyć nie umiesz.

Musi wiedzieć to Pani Dudkowa

Kto wśród liści zieleni się chowa?

Czemu Dudek na dłużej ma znikać

I bez sensu udawać słowika?

Dudusiowa pretensji moc zdradza:

Ja na żadne się trele nie zgadzam,

Bo mój Duduś mi mówi od rana -

Jestem blisko, tuż obok... Kochana.

Swoim du-du usypia mi dzieci

Zanim znów po turkucia poleci,

Więc niech dzięcioł się w du-du nie wtrąca

Bo doczeka dużego się brzdąca.

Niech na zawsze się od nas odczepi,

Większą dziuplę niech kuje już lepiej,

Albo swojej staranniej pilnuje...

Dyskomfortu smak wkrótce poczuje.

Choć ciekawość z umiarem nie plami,

Niech własnymi się zajmie sprawami,

Czasem warto a nawet wypada,

Gdyż przezorność to pierwsza zasada.

Co my mamy z twojego pukania?

Już niedługo ci przyda się niania.

Powiedziała mi pewna jaskółka

Że w twej dziupli gościła gżegżółka.

Nie wiem... Może jej tylko się śniło.

Lepiej policz czy jajek przybyło.

Pewnie karmisz biedaku jej młode

Niech zakuka ci dzisiaj w nagrodę.