Sonety
Honorata
O Honoratce pragnę wersów kilka...
Imię to dzisiaj w Polsce rzadkie raczej
A chciałbym, żeby stało się inaczej
Bo Honoratka to słodycz - to „Milka”.
I choćby nawet nieco piegowata,
Lecz serce wielkie jak stodoła miała,
Więcej by niż te urodziwsze dała
Bo jedna tylko Święta Honorata.
Na Honoratkę czekać warto długo
Tak jak na wszystko, co czekania warte,
Szczególnie, kiedy serce nie jest sługą
I na tę jedną tylko jest otwarte.
Mnie nie przeraża taka wizja świata,
W którym co drugi kwiat to Honorata.
Zjawisko
Barwnym motylem siądę na ramieniu
Byś mnie odpędzić nie miała ochoty.
Myśli splątane... Czarne miauczą koty...
Marzeniem... kąpiel w strumieniu spełnienia.
Urody blaskiem upojony prawie,
Wręcz uwiedzione zmysły będę cieszył,
Wzrokiem wciąż - wybacz - niczym łotr bym grzeszył,
Pokutę w spadku przyszłości zostawię.
Na szyi słodki pocałunek złożę
Choć ty się o nim - przecudna - nie dowiesz
I wiem, że nigdy swoim nie odpowiesz...
O każdej chciałbym cię podziwiać porze.
Tylko motylom wolno być tak blisko
Twym ciepłem grzać się... Cóż to za zjawisko!
Nareszcie biało
Styczeń bez śniegu martwi wszystkie dzieci,
Przed dąsem - choćby - nic ich nie powstrzyma
Bo bez bałwana...? Co to jest za zima?
O świecie w bieli chcą pisać poeci.
Nareszcie śnieży, odżywa nadzieja,
Że już za nami ponury cień grudnia,
Że już przybędzie nieco popołudnia,
Choć droga śliska, choć grozi zawieja.
Obawa drobna w sercu mym się rodzi
Bo posadziłem w ogrodzie wisterie
A precyzyjnie, to wisterii serię,
Mroźniejszy podmuch tym pięknościom szkodzi.
Może zbyt dużo od zimy wymagam...
Mrozie bądź łaskaw i nie szalej. Błagam!
O smutku
Smutkami szastać Po co? To niezdrowe.
Depresja męczy - mówiąc między nami.
Niech pesymista mi na to odpowie
Na zysk niech przykład choćby skromny da mi.
Wiecznie zmartwionych nigdy nie zrozumiem,
Co ślą, to echem wielokrotnym wraca;
Chętnie smutasa przekonam, jak umiem
Choć to Syzyfa ulubiona praca.
Tak mało w życiu dni pełnych radości,
Złe przepowiednie szczepią nas goryczą
I choć podpadnę tym wybuchem złości:
A niech je diabli... Na co takie liczą?
Smutki bym wyższą od najwyższej tamą
Odgrodził chętnie, albo - taką samą.
Biel styczniowa
Nad Dolistowem dzień wstaje zaspany,
Nieśmiały wczoraj wiatr się rozzuchwalił,
Styczeń nieśmiało własne liże rany,
Trwoży prognozą dawnych mrozów fali.
Śnieżną zadymką zaledwie postraszył
Już lisie tropy obok kocich śladów
Świadczą, że smaczny kąsek gdzieś się zaszył
I nie zamierza udzielać wywiadów.
Na wielką szuflę czekają chodniki
Kierowcom zrzedły dziarskie dotąd miny,
Kobietom radzę złote zdjąć kolczyki
Bo mróz się czai - uszy zmarzną sine.
A ja się cieszę z tej bieli styczniowej
Choć odśnieżanie na mojej jest głowie.
Na dworze cisza...
Na dworze cisza, żaden ptak nie śpiewa,
Smutny bez liści ogród śpi zmęczony...
Nie wiem, czy słodkie sny choć czasem miewa,
Gdy wiatr owiewa drzewa z każdej strony.
Pod kołdrą z puchu zasłaną przez styczeń
Sen się okaże spokojniejszy znacznie
To święto niemal - to spełnienie życzeń;
Biała się zima od tej pory zacznie.
Taka się właśnie już od lat nam śniła;
Pod śniegiem wszystkim liliom jak w futerku,
Kreacją z płatków i mnie ożywiła,
Choć stary jestem, wziąłbym ją pod rękę.
Cisza na dworze wyszeptała duszy:
Dziwną się wydasz, gdy cię to nie wzruszy.
Bez...
Bez czego ona się obędzie?
Pytanie szuka odpowiedzi,
Każdej z barw oko miłość śledzi
A ona cicho kwitnie wszędzie.
Prawdziwa - z niczym się nie liczy,
Pół obietnicy nie wymaga,
Strof romantycznych... szal u wagi...
I zawsze jak najlepiej życzy,
I trwa pomimo... nie w podzięce...
Żadnej słodyczy w sól nie zmieni,
Jej nie zniechęci smuga cienia.
I tyle tylko... i nic więcej.
A każdy kto innego zdania...
Chmury na niebie niech przegania.
Czuły dotyk
Urodą me zmysły uwodzisz,
Wspaniale się spisał Twój malarz.
Od dawna mą duszą dowodzisz,
Dotykiem pragnienia rozpalasz.
Tak chciałbym Cię okryć sonetu
Powiewem utkaną sukienką,
By obok niemego portretu
Był tortu mych wspomnień wisienką.
Zapiszę twój urok w pamięci,
W niej przetrwa, w niej blask Twój nie zgaśnie!
Zachwytów plejada wiersz nęci,
A w rymach wciąż rodzą się waśnie:
Czy wdzięku masz więcej? Czy serca?
Znów będzie potrzeby rozjemca.
Kardynał Stefan
Ludzie, o których trudno bez patosu...
Nawet, gdy patos był im nie do twarzy,
W pomnik się zmienią by słuchać ich głosu.
Ktoś musi przecież pozostać na straży.
Bo społeczeństwa pamięć mają kruchą.
Wobec cnót dawnych bezduszne się stają,
Co niewygodne ciszą karmią głuchą,
Od kart historii posłuchu żądają.
I tylko to, co w brązie uwiecznione
Młodym przypomni, komu wdzięczność winni,
W którą wzrok trzeba pokierować stronę
By zawsze byli mądrzy, piękni, silni.
Godny wśród godnych - róża pośród kwiecia -
Kardynał Stefan - Prymas Tysiąclecia.
Moje wiersze -(2)
Choćbym im kazał w poniewierce
Zaledwie kilka chwilek przeżyć,
I tak mi zdejmą ciężar z serca,
Że muzom służę – mógłbym wierzyć.
Wiem. Nie zostanę tym poetą,
Co się przenośnią w dusze wciska,
I nic, że idę drogą nie tą…
Nie dla mnie sława, blichtr, igrzyska.
I tak zostanę rymom wierny,
Nad sylabami będę ślęczał,
Bo choćby efekt był mizerny
Przed modą się nie skłonię. Ręczę.
Chcę się sonetu formą cieszyć;
Wciąż po staremu wolę grzeszyć.
Wordzie drogi…
Ciągle piszę i piszę, rymy wciąż się kłębią w głowie.
W aurze sonetów wiszę, szukam słów po każdym słowie.
Nie wiem jak długo jeszcze w poezji wytrwam przetargu,
Mszczą się dziś na mnie wieszcze, za szkolne lata letargu.
Myśl moja wciąż sprawniejsza, czy coś mi w mózgu pstryknęło?
Debiutu trema mniejsza, kompleksy licho już wzięło.
Nie cierpię ortografii! Komputer ciąg słów zapisze,
Błąd poprawiać potrafi, ja stukam tylko w klawisze.
Wordzie mój drogi, – dzięki, że mnie tak wiernie wspomagasz,
Już nie dręczą mnie lęki, z błędami dzielnie się zmagasz.
Nikt by zdań nie przeczytał, bazgrzę jak kura pazurem,
Dziś krytykę bym łykał, cierpiałbym pod jej chórem.
Bez ciebie by nie przetrwały, mych wierszy rymy ulotne,
Dysk pamięci mam mały, raz jeszcze – dzięki! Stokrotne!
Wisienka
Och! Jak me zmysły uwodzisz!
Dzielnie się spisał Twój malarz.
Odkąd mym sercem dowodzisz,
Dotykiem żądze rozpalasz,
Okryć cię pragnę sonetu
Strofami utkaną sukienką,
Byś kiedyś zamiast portretu
Była mych wspomnień wisienką.
W pamięci ten wdzięk zapiszę,
W pliku - „uroda i baśnie”,
Pragnień akordy wyciszę,
Gdy rozkosz wybrzmi i zaśnie.
I tylko strofy w rozterce...
Urodę sławić – czy serce?
Noworoczne życzenia
Nowe życzenia płyną w Nowym Roku
Z każdego niemal zakamarka świata
Od córki, wnuka, matki, teścia, brata,
Dobrych przyjaciół, przechodniów w amoku...
Cuda, magiczna niemal, czyni data,
Pierwszego stycznia nie uczynisz kroku
By nie doświadczyć tej magii uroku,
Za gorycz rocznej tęsknoty zapłata.
Nawet jeżeli świętujesz z doskoku,
Gdy się marzenia spełniać zechcą tylko,
Rok się okaże jedną, piękną chwilką.
Nawet na co dzień zapomniana chata
Poczuje nastrój Noworocznych życzeń,
Których obfitość zafundował styczeń.
Zjawisko
Barwnym motylem siądę na ramieniu
Byś mnie odpędzić nie miała ochoty.
Myśli splątane... Czarne miauczą koty...
Marzeniem... kąpiel w strumieniu spełnienia.
Urody blaskiem upojony prawie,
Wręcz uwiedzione zmysły będę cieszył,
Wzrokiem wciąż - wybacz - niczym łotr bym grzeszył,
Pokutę w spadku przyszłości zostawię.
Na szyi słodki pocałunek złożę
Choć ty się o nim - przecudna - nie dowiesz
I wiem, że nigdy swoim nie odpowiesz...
O każdej chciałbym cię podziwiać porze.
Tylko motylom wolno być tak blisko
Twym ciepłem grzać się... Cóż to za zjawisko!
Na dworze cisza...
Na dworze cisza, żaden ptak nie śpiewa,
Smutny bez liści ogród śpi zmęczony...
Nie wiem, czy słodkie sny choć czasem miewa,
Gdy wiatr owiewa drzewa z każdej strony.
Pod kołdrą z puchu zasłaną przez styczeń
Sen się okaże spokojniejszy znacznie
To święto niemal - to spełnienie życzeń;
Biała się zima od tej pory zacznie.
Taka się właśnie już od lat nam śniła;
Pod śniegiem wszystkim liliom jak w futerku,
Kreacją z płatków i mnie ożywiła,
Choć stary jestem, wziąłbym ją pod rękę.
Cisza na dworze wyszeptała duszy:
Dziwną się wydasz, gdy cię to nie wzruszy.
Zawołam
Wiosna się budzi, włosy rozczesuje...
Ty się nie zrywasz? W kadry nie oprawiasz?
Plant nie odwiedzisz? Jakże dziwna sprawa...
Pośród alejek mgła się smutna snuje.
W podroż żegnamy Cię dzisiaj ostatnią.
Kto by pomyślał...? Dlaczego tak wcześnie?
Dla nas zupełnie jakbyś odszedł we śnie.
Ze śmierci trudno pogodzić się matnią.
Już mnie nie spytasz - Andrzej. Co z liliami?
Lecz Ci odpowiem: Nie gotowe jeszcze.
Jeszcze ze śniegiem przyjdą zimne deszcze,
Jeszcze się będą przekomarzać z nami.
Gdy się obsypią wielobarwnym kwieciem
Dam znać. Zawołam - Są już. Popatrz Mieciu.
Za chwilę
Biebrza śpi jeszcze pod lodu pancerzem,
Śniegiem przykryta szybko się nie zbudzi.
Że nie upaja pięknem nie uwierzę
Choć ciągle zapał rychłej wiośnie studzi.
Mnie cieszy widok takiego spokoju.
Dusza by chciała nad nim poszybować,
Pięknem się karmić zimowego stroju,
Skoro brak skrzydeł, chęć - choć z żalem - chowam.
Za miesiąc rzeka wody swe rozleje,
Napoi wszystkie spragnione cierpienia,
Śpiące pod śniegiem obawy rozwieje;
Znów się wykluje ptaków pokolenie.
Niańką im będzie, bezpiecznym azylem
Za moment niemal, za niedługą chwilę.
Wolę marzyć.
Gdy na tęsknotę braknie czasu
Bo życie biegnie tylko czasem,
Bo pędzi zwykle bez popasu,
Zapomnieć łatwiej... tak tymczasem.
Czas przyjdzie - stracisz większość siły,
Ręce zadaniom nie sprostają,
Tęsknotę myśli będą szyły
Nic do roboty już nie mając.
I życie się w cierpienie zmieni...
Proroków dużo - wszyscy czarni...
Choć pod dostatkiem ma przestrzeni
Tęsknota pragnień nie wykarmi,
Więc zamiast tęsknić, wolę marzyć
Wtedy się wszystko może zdarzyć.
Tereska
Z Tereską to rożnie wręcz bywa...
Na ogół jest wszystkim życzliwa.
Z niejedną i zgubić nie bieda;
Teresek nie lubić się nie da.
A każdą prócz blasków urody
Cechuje dążenie do zgody,
Lecz gdy się na kogoś już wkurzy,
Ten długie dni oka nie zmruży.
Najlepiej niech z drogi jej zejdzie
Dopóki złość całkiem nie przejdzie…
A gdy już Tereska pokocha
To zmysły twe czeka radocha
I odtąd się staniesz jej fanem,
Z Tereską się już nie rozstaniesz.
Malarz spełniony
Na tyle piękna czekać warto lata.
Nakarmić trudno rozbiegane oczy,
Dusza się z taką urodą jednoczy,
Z Mrozu za wszystko jedyną zapłatą.
Tylko z kobietą konkurować może,
Ten widok zawsze dech w piersiach zapiera...
Nie wie co mówi i przegrał, do zera,
Kto się w te pędy nie znalazł na dworze.
Śpioch mógłby przespać spektakl wart oklasków
Bo wkrótce wietrzyk brylanty postrząsa
Mróz dumny z siebie znów podkręci wąsa -
Malarz spełniony: Co tam bicze z pisaku...
Ktoś inny umie cuda czynić z wody?
Niech się wykaże... Czekam na dowody.
Nie umiem
Chwil z tobą pamięć się zaciera,
A tak bym nie chciał… tak bym nie chciał…
Tęsknota sercem poniewiera,
Spraw bym cię jeszcze kiedyś spotkał.
Gdybyś się chociaż odezwała
Może by czekać łatwiej było
Nadzieja by mi pomagała
Przetrwać… co by to nie znaczyło.
Nie myśl, że kiedyś zrezygnuję,
Że nie zawalczę już o ciebie...
Może nade mną się zlitujesz,
Walec mych pragnień nie rozjedzie...
Dlaczego zwlekasz? Nie rozumiem.
Przecież bez ciebie żyć nie umiem.
Marianna
To był meteor na bezgwiezdnym niebie
Mignięcie, z tych co bywa skąpe wiecznie
Jakby jej urok mówił – nie dla ciebie…
A ty… Mariannę muszę mieć koniecznie.
Bo gdy Marianna ukaże swe wdzięki
A tych natura Mariannom nie skąpi,
Snem wiecznym zasną wszystkie chłopca lęki
Dzień bez niej odtąd łzawym deszczem siąpi.
I siąpił będzie dopóki dziewczyna
Sama nie uzna, że on wart zachodu
I, że ustala lania łez przyczyna,
Że jemu odda cały zapas miodu.
Odtąd kalendarz dni szczęśliwe liczy
Ma na kim słodycz swą Marianna ćwiczyć.
A ja lubię
A ja lubię, kiedy zima taka śnieżna,
Kiedy drzewa ustrojone w białe czapy,
Chociaż zimno, chociaż marzną kurom łapy,
Chociaż od nas tak bezczelnie niezależna.
Bo gdy zimno musi być, niech będzie pięknie,
Niech się, chociaż moje oczy nią nasycą.
Lubię, kiedy śnieżnym puchem się zachwycą.
Na ten widok nawet twarde serce mięknie.
I nie martwi śniegu nadmiar mnie zupełnie.
Moich myśli odśnieżanie nie przeraża.
Trudno. Przecież to się tylko zimą zdarza.
Śnieżnej zimy zachciewajkę każdą spełnię.
Biały luty przypomina koni rżenie.
Dawne sanny, z tych najmilszych, są wspomnieniem.
Wiosna
Ktoś w lutym by marca nie czekał?
Ktoś w marcu by wyrzekł się kwietnia?
Nie spotka maj raczej człowieka
Co wyłby z tęsknoty za pletniem.
W bzów woniach durzących wędrując,
W nich miłość się czuje bezpieczniej,
Randkami maj każdy szafuje;
Któż wiosny nie prosił - Trwaj wiecznie.
Choć lilii brakuje mi w maju
Z pewnością bym sobie poradził
Poddawać się nie mam zwyczaju,
Dla wiosny bym żadnej nie zdradził.
Na wszystkie możliwe sposoby
Liliami bym maje ozdobił.
Wiosenny spacer
W utkany słońcem dzień marcowy - chłodny
Na długi spacer namawiają oczy.
Pies w progu czeka, równie wiosny głodny,
Chociażby nawet łapy mocno zmoczył.
Krótkimi dniami zimy już zmęczeni
Idą nad Biebrzy znane rozlewiska.
Tam śniegu płaty szukające cienia
Gdzie się zielenić zapragną pastwiska.
Żurawi krzyki tylko świadczyć mogą,
Że już niedługo, za chwileczkę niemal,
Prawdziwa wiosna jedną choćby nogą
Wkroczy, a może wbiegnąć zechce dwiema,
Wybuchnie niemal - zakochana w kwiatach -
By znów mógł sonet przebierać w tematach.
Nad Biebrzą
Znad Biebrzy najnowsza relacja:
Czekając jedynie pogody
Odbiera już rzeka swe wody.
Otworzy się znów restauracja.
Na gody się już bataliony
Gdzieś w świecie szykują zapewne.
Przylecą. Zaloty wylewne
Wypełnią łąk mokre zagony.
Bekasy przybędą, sieweczki
I inne - nie zgadnę już ile -
A wkrótce, już niemal za chwilę
Bociany zakończą wycieczki.
Piórami się Biebrza wypełni
Nim księżyc ukaże się w pełni.
Wiosna 2018
Marcowe słońce nadzieje rozgrzało,
Gniazdo wciąż puste, na bociana czeka,
Sroka na płocie głośno wykrzyczała
Pretensje wielkie, że wylała rzeka.
Ze sterty liści jeż nosek wychylił,
Kolce rozczesał, łapki rozprostował.
Wiosenny oddech jakby trochę zmylił:
„Chyba za wcześnie” - ponownie się schował.
Jedynie żuraw zakochany krzyczy,
Że jednak zima już chyba nie wróci,
Gniazdo zakłada i na ciepło liczy,
Ze swym sąsiadem o miejsce się kłóci.
W wiosennej aurze para się przechadza...
Po każdej zimie życie się odradza.
Za wiosną tęsknię...
O wiośnie chciałem kilka rymów...
Za wiosną tęsknię jak za wiosną.
Krokusy, tylko wiosną rosną,
Tak mi brakuje ich wyczynów.
Wystraszył śnieg wiosenne kwiaty,
Spóźnią krokusów się uśmiechy.
Za nowe i za stare grzechy
Przydałyby się zimie baty.
Dobrze, że to już jej ostatki,
Choć zima wszystkim barwom wilkiem...
Wytrzymam jeszcze jedną chwilkę -
Byle nie długą. Lubię kwiatki.
A gdy się sprzykrzą wierzbom kotki
Oko znów puszczę oko do stokrotki.
Cisza nad Biebrzą
Nad Biebrzą cisza. A jeszcze przedwczoraj
Żuraw się chwalił jak zawsze z patosem,
Że on najlepszy... Przenikliwym głosem
Zaświadczyć pragnął, że do godów skory.
Nadzieje w kruche skorupki złożone...
Pora zamilknąć, bo to gniazdo zdradza.
Nic nie powinno lęgom już przeszkadzać
To przecież skarby niczym niechronione.
Milczące ptaki przepełnione lękiem
Uczynią wszystko, co tylko w ich mocy
Bo groźby zewsząd a znikąd pomocy...
Co im tam sława, i pal licho z wdziękiem.
Milczeć tak będą wszystkie do jesieni,
Zlot przed podrożą ich zwyczaje zmieni.
Prima vera
Szarpnął się marzec w swym ostatnim tchnieniu.
Takiej sielanki nikt się nie spodziewał.
Trzydziesty pierwszy jak żaden przygrzewał
Wie, że ma wiele grzechów na sumieniu.
Bo w kalendarzu dawno prima vera
A tu gdzieniegdzie jeszcze śnieg zalega,
Znak, że się w marcu zima z wiosną zbiega,
Że obietnica smaczna, lecz nieszczera.
Powrócą deszcze wychłodzone śniegiem,
Jeszcze mróz nocą o sobie przypomni,
Jeszcze się ogrzać zapragną bezdomni,
Za wiosną listy wyślą, jak za zbiegiem.
Przyrody żadna nie pogoni data
Choć czasem w marcu kapnie porcją lata.
Pobożne życzenie
A skoro luty trafił już do wspomnień
Zima spełniła za śniegiem tęsknoty,
Marzec nakręcił zakochane koty,
Zapraszam kwiecień - wraz z dobytkiem - do mnie.
Stęsknione oczy łakną barw tysiąca,
Biel wszechobecna już im się sprzykrzyła,
Odżyła wiara, co się ledwie tliła,
Za wiosną pora już wyprawić gońca.
Czekam, aż kwiatem obsypią się wiśnie,
Aż się upomną o termin jabłonie,
Aż azaliami ogród mój zapłonie;
Komu po zimie zieleń się nie przyśni.
Nie wiem czy wiosna idzie - leci - płynie?
Dziś jest pobożnym życzeniem jedynie.
Kwiecień 2021
Kwiecień granice tęsknoty testuje,
Wszyscy marzymy o zielonych łąkach
O dniu, gdy jabłoń ogród zawojuje,
O owładniętych miłością skowronkach.
Żeby wybuchnąć szmaragdową tęczą
Ciepła, zmoknięty ogród tylko czeka.
Zimne oddechy nieustannie męczą...
Co by je wielbił - nie znajdę człowieka.
Nie jestem inny, mnie to również smuci.
Choć pewnie zdziwię... z czystym bym sumieniem
Każdy deszcz wiosną prosił - niech powróci...
Przyroda sama sobie suwerenem,
Na nic i nigdy nie nadstawia ucha,
Płakać zachciała, więc za oknem plucha.
Czy to dużo...
Czy to dużo pół wieku? Czy mało?
Młody powie, że starość to prawie...
Kto doczekał pięćdziesiąt łaskawie
Spyta tylko - a ile zostało...?
Któż to wie? Może los drugie tyle
Przyszykował, lecz tym się nie chwali,
Innym mniej - serce młotem im wali -
Może lepiej nie wiedzieć, więc - ile...
Ja zamieniłbym chętnie się z każdym,
Kto lat liczy pięćdziesiąt jedynie.
W ciemno wezmę w tabletkach, czy w płynie,
Coś takiego bym nie był poważny.
Już nie będę się wiekiem zamartwiał.
Brak połówki...? Wystarczy mi ćwiartka.
Nie macie dość?
Nie macie dość tych wszystkich wierszy,
To o miłości… to o kwiatach…
Tak jakby każdy był tym pierwszym
Zagłębiającym się w tematach.
Jak długo można bujać w chmurach,
O migających pisać gwiazdach,
Świętości, czy Koryntu córach,
Wzniosłych ideach i marazmach?
Przyroda na wskroś opisana,
Nadzieje, wiara, moc pragnienia,
Miłość, o życia sens pytania...
Lista od wieków się nie zmienia.
Nie macie dość zabawy z jeżem?
Świetnie, bo kończyć nie zamierzam.
Och! Wiosno, wiosno... (2)
Gdy nadzwyczajnie niecierpliwy
Na oślep pędzi czas - a po co? -
Do tego jakiś nieżyczliwy,
Marzeń się snują cienie nocą.
Dzień szaro-bury już za nami
Cisza się za firany chowa,
W niechcianych przerwach między snami
Z myślami toczy się rozmowa:
Że jak już tęsknić, to - za wiosną,
Uśmiechem twym rozpromienioną
Jak się zamartwiać, to - jak sprostać,
Kiedy już zmysły omamione?
Och wiosno, wiosno... Wiesz, że czekam,
Może byś uchyliła wieka?
Nowalijka
Pierwsza rzodkiewka smakuje jak żadna
Kiedy we własnej wyrosła szklarence,
Ale czy musi być aż taka ładna?
Jak kwiaty trzymam cały pęczek w ręce.
Zjeść mam czy patrzeć...? Na jedno i drugie
Bez trudu wielką znajduję ochotę
Jedno i drugie nie potrwa zbyt długo
Bo, jak jej nie zjeść? O nie! Nic na potem.
Jutro na pewno podrośnie następna
Za tydzień zrobię w wersji ze śmietanką,
Lecz dziś dylemat mam, bo taka piękna
Co tam... Następną zerwę o poranku.
Miła przygoda z uroczą rzodkiewką
Krótką skończona, ale smaczną śpiewką.
Remiz
Żadna się sroczka z remizem nie zmierzy
Wróbelek żaden tym bardziej nie zdoła
W budowie gniazdka i powiedzmy szczerze,
Nikt nie zarzuci - Ot. Taka stodoła...
Misternie wielce mu wychodzą sploty.
Któż by uwierzył, że tak wikłać można?
Nie miałby inny na to ptak ochoty...
Nawet jaskółka nie jest tak ostrożna.
Tyle ambicji w niepozornych ciałkach...
Architekturę remizy kończyły?
Biegłe być mogą w różniczkach i w całkach?
Skąd biorą tyle niepojętej siły?
Nawet remiza ciekawscy sąsiedzi
Nie znajdą mądrej na to odpowiedzi.
Najmilsza
Dlaczego miła jesteś zapłakana?
Patent dozgonny, chcę Ci wydać na mnie.
Chcę być Twym szczęściem, powiem to nieskromnie,
Twój urok wciąż mnie rzuca na kolana.
Uśmiech wywołać pragnę na Twej twarzy,
Rad się zadania słodkiego podejmę,
Skoro ciężaru z serca Ci nie zdejmę,
Jak w ślepia smutne spojrzeć się odważę?
Ciężko mi zawsze, gdy Twe oczy płaczą,
Uwielbiam, kiedy widząc mnie się cieszą.
Beztrosko niechaj patrząc na mnie grzeszą,
Gdy to zbyt mało, niechaj mi wybaczą.
A gdy łzę dojrzę, powiem jej dosadnie -
Lepiej ci będzie, gdy z mych powiek spadniesz.
Maj
Maj się od zawsze z radością kojarzy,
Zimę żegnamy w maju ostatecznie
A gdy spotkamy w maju kominiarzy
Szczęście - wierzymy - będzie z nami wiecznie.
Niejedna miłość w maju się zaczęła,
Maj się jak żaden miłości przysłużył
- Rany! Na Boga! Skąd się ona wzięła? -
Niejednej duszy błogi spokój zburzył.
Skoro w zielenie ubrany świat cały
Skoro barwami zapachniało wszędzie
Nie chcę być nudny i zarozumiały,
Lecz maj potęgą jest, był i wciąż będzie.
Już od tak dawna witam wszystkie maje...
Niech maj się ze mną nigdy nie rozstaje.
Smardze
Zapraszam na weekend ze smardzem.
Na grzybki ktoś miałby ochotę?
Niezwykłą okazją nie wzgardzę
Chociażby wyrosła pod płotem.
A ta się zdarzyła pod jodłą.
Skąd wie, że uwielbiam te drzewa?
Pod jodłą znalazła dogodną
Kolebę, więc miejsca zagrzewa.
A teraz mam spory dylemat -
Zjeść smardze, czy raczej zasuszyć?
Dań chętnych się wgłębić w ten temat
Jest tyle, że każdy by wzruszył.
Ja smardze dodałem do sosu.
Kopyta zjem pełne patosu.
Pory roku
Zwierzę się... Lubię wszystkie pory roku
Każdą do służby chętnie bym powołał,
Odnalazł w każdej pierwiastek uroku
Gdyby mi sto lat los zapewnić zdołał.
Lecz skoro jest to prawie niemożliwe
- Trudno odnaleźć podobne przypadki -
Choć zima płacze - To niesprawiedliwe!
Wybieram lato i jego sąsiadki.
Nie musi kusić gorącym zapieckiem,
I deszczu skąpić niechaj się nie waży,
Niech z barw uszytą przywdziewając kieckę
Poetów natchnie, bardów i malarzy.
Jesień niech będzie... Zniosę drobne straty.
Po niej wiosenne niech zakwitną kwiaty.
A gdy łzę dojrzę...
Dlaczego miła jesteś zapłakana?
Patent masz na mnie pełny i dozgonny,
Szczęściem Twym chcę być. Wiem. Jestem nieskromny,
Lecz urok Twój wciąż rzuca na kolana.
Uśmiech wywołać pragnę na Twej twarzy,
Rad się zadania słodkiego podejmę,
Skoro ciężaru z serca Ci nie zdejmę,
Jak w duszy okno spojrzeć się odważę?
Ciężko mi zawsze, gdy Twe oczy płaczą,
Uwielbiam, kiedy widząc mnie się cieszą.
Beztrosko niechaj patrząc na mnie grzeszą,
Gdy to zbyt mało, niechaj mi wybaczą.
A łzę, gdy dojrzę powiem jej dosadnie -
Lepiej ci będzie, gdy z mych powiek spadniesz.
Gdy się po brzegi...
Gdy się po brzegi noc wypełni snami
Choć wstaniesz może niewyspany nieco
Oczy się nakryć pragną powiekami
Myśli ku wizjom wielobarwnym lecą,
Nie zadowala cię już byle frajda
Erzac, minionej słodyczy namiastka,
Niczym pod progiem podrzucona znajda,
O niemożliwym miła opowiastka.
Dzień odtąd będzie zbyt szary, zbyt długi,
Pragnienia nocy będą wyglądały
I wszystkie niczym najwierniejsze sługi
Wspomną czas kiedy niemal oszalały.
I pewnie zaraz wszystkie by ożyły
Gdyby na chwilę zasnąć pozwoliły.
Jak się zakochać...
Jak się zakochać to tylko w stokrotce.
Nie w żadnej lali bufiastej z półświatka.
Odkryjesz piękno w drobniutkiej istotce
I nie zapragniesz innego już kwiatka.
Nikt, nigdy od niej wierniejszej nie znajdzie,
Nawet z najdłuższej podróży powróci
A wtedy każdy rozczuli się twardziel
I oko każde się o nią pokłóci.
Każdemu, kto w me słowa nie uwierzy,
Kto by miał jeszcze jakieś wątpliwości...
Miłość się każdej śliczności należy
Więc proszę - nie rób stokrotce przykrości.
Popatrz! Nie zrywaj! Dłoni nie wyciągaj!
Niczego więcej niż ci da nie żądaj.
O poranku
Najpiękniejszy świat wokół o świcie...
A szczególnie gdy mgła jeszcze senna.
Cisza taka, że myśl usłyszycie,
Mnie się zdaje, że bywa bezdenna.
Żadnej zmarszczki i dźwięku żadnego...
Dominuje niezwykła pokora.
Czasem rybka nie wiedzieć dlaczego
Zburzy spokój połaci jeziora.
W dzień nie zaznasz większego spokoju,
Noc się lepiej upojna nie spisze,
Nie zapomnisz błogiego nastroju
Kiedy milczą najcichsze klawisze.
O tej porze pogrążam się we śnie,
Letni ranek jest zawsze za wcześnie.
Wiosna kusi
Dojeżdżając do szkoły też da się
Łatwo dostrzec, jak wiosna się zmienia.
Podpowiada dziś pani swej klasie
Śląc uśmiechy i własne marzenia:
Kiedy tylko wystarczy mi czasu
- Rowerowe uwielbiam wycieczki -
Nie odbierze mi nikt rarytasu...
Kto spróbuje, poczuje smak sprzeczki.
Byle szansę mi dało słoneczko
Bo bez niego przygoda nie taka...
Niechby chmurom zacięło się wieczko,
Deszcz i rower... to kończy się draką.
Nic po zimie tak oczu nie kusi...
Już się cieszę na uśmiech mej wnusi.
Gdybyśmy mieli...
Gdybyśmy mieli, jak nie mamy wcale
I mieć już pewnie nie będziemy nigdy
Nieco pokory w tym niszczenia szale
Całego piękna świata jak spod igły.
Ziemi by nigdy nie przeszyły dreszcze.
Dwutlenku węgla!! - wołałyby lasy,
Lodowce pewnie urosły by jeszcze,
Niczym by były pogody grymasy.
Wielkim śmietnikiem nie byłyby morza,
Żadnym zwierzętom miejsca by nie brakło,
Nikt człowiekowi by nie rzekł - Potworze!
Czego się dotkniesz wnet zamieniasz w piekło.
Gdyby jedynie pokory starczyło
I nam i Ziemi lepiej by się żyło.
Nic, nigdy
Nic nie jest warte więcej niż jest warte
Nawet, jeżeli pragnąć pragnie więcej,
Nie cierpi bardziej niż serce rozdarte,
Które kochało od dwóch słońc goręcej.
Tak się nikomu nigdy nie spełniło
Jak spełnionemu w miłości spełnieniu,
Nigdy się szczęście lepiej nie sprawdziło
Spokój przynosząc niezaspokojeniu.
W każdym przypadku i w każdej osobie:
Nikomu, nigdy, z nikim i nic bardziej...
Skoro pragniemy siebie mieć przy sobie
Może czas dla nas trochę czasu znajdzie
I gdy zakończy czas oczekiwania
Łaskę okaże łasce zakochania.
„Złośliwa”
Kiedy nadzieja dawny wątek snuła
Choć pewna była, że schluß, że skończone...
W jednej się chwili jak dawniej poczuła,
Zdziwiona pyta - czemu cała płonę?
Czyżby czekanie na coś się zdawało?
Komuś się jeszcze i do czegoś przydam?
Ktoś mnie rozbudził... ciągle komuś mało?
Chętnie się sprawdzę i nieco pogdybam.
Bo gdybym jeszcze całkiem niespodzianie
Psikusa komuś sprawić chciała, żeby
Szczęście spotkało go, bo czekał na nie,
Nie byłaby to wcale taaaaka ryba...
Choć stara jestem ślepawa i siwa
Uczciwie powiem - umiem być złośliwa.
Jest, czy Go nie ma
Jest, czy Go nie ma? Odwieczne pytanie.
Nauka dotąd, nie zna odpowiedzi,
Mędrzec w tej kwestii wciąż czyni wyznanie,
Kłócą się o to zbyt często sąsiedzi.
To przecież nie jest do udowodnienia,
Wciąż jest dla jednych, a dla innych nie ma.
Jest kwestią wiary, nawet nie sumienia,
Sprawą wyboru, jednej między dwiema.
Nie wiem dlaczego ludzi to tak dzieli.
Gdy jedni drugich, wciąż pragną nawrócić,
Nie myślą o tym, że też wybór mieli,
Uczynią wiele, by spokój zakłócić.
Może nastąpi czas opamiętania.
Każdy ma prawo do własnego zdania.
Ważka
Ważka na liściu przysiadła
Ciekawa lilii uroku
Trochę za wcześnie tu wpadła
Jakby czekała poł roku.
Za tydzień czarny rycerzu
Przybądź na dywan czerwony
Razem, jak amen w pacierzu
Będziemy jej bili pokłony.
Wszystkim nam będzie przyjemnie
Z samego rana najlepiej.
Lilia nie powie - zejdź ze mnie...
I choć żeś nie świtezianka,
Choć nie ma miłości ślepej,
Piękniejsze z tobą poranki...
Burzowa chmura
Burzowa chmura za burzową chmurą
Wciąż się przetacza, jak to w lipcu bywa,
Lękliwe dusze przeraża posturą,
Inne - przeciwnie - do życia porywa.
Światło i woda - siła życiodajna
W której się ogród z uwielbieniem kąpie,
Niczym spragniona wilgoci ferajna
Każdy kwiat miejsca pilnuje przy pompie.
By jak najszybciej wystrzelić do góry
Ku złota wartym choćby kwantom słońca
Skąd będą znowu wypatrywać chmury
W czas spragnionego letniego miesiąca.
Nawet winniczek z deszczem się przyjaźni
Cienia w nim nie ma przed burzą bojaźni.
Sonecik o kiju
Jeden się koniec spotkał z drugim,
Odtąd już zawsze będą kijem,
Odtąd się żaden nie ukryje
Choćby kijaszkiem był niedługim.
Dwa musi mieć kij każdy końce
Nie jeden, ani jeden więcej,
Choćby się starał najgoręcej.
Jaśniejsze bywa tylko słońce.
Kto by w przeciwnym razie sprostał
I definicją służył kija?
Z prawdą się każdy „niekij” mija
Choćby trzy nowe szanse dostał.
A może sonet by o stryjku,
Siekierce i o innym kijku...?
Za horyzontem
Za horyzontu beznamiętną ciszą
Tylko nadzieja widoki roztacza,
Między wierszami kresu cień usłyszy,
Bez chwili zwłoki podąży za płaczem.
Jedynie ona sercu już bez mocy,
Pomimo setek rozpędzonych pytań,
Bezwarunkowej udzieli pomocy
Gdy w smutnych oczach tęsknotę wyczyta.
Do syta może wszystkich nie nakarmi,
Może nie wszystkim otuchę przyniesie,
Z pretensją może ktoś zażąda - Daj mi!
Już nie wytrzymam...! - żal wyrzuci w stresie.
Może, gdy czeka coś za horyzontem,
Może przycupnąć dałoby choć kątem.
Znów o miłości
Miłość, co zamiast cieszyć się nagrodą,
Kąpać do woli w rozkoszy objęciach,
Tęsknotą tylko z wieczną niepogodą
Na prośby głuchą - na wszelkie zaklęcia...
Każdej miłości dobrze tylko z drugą...
Samotna nigdy, nigdzie się nie sprawdza
Nawet, gdy ciecze tylko cienką strugą
Dotyku pragnie - taka naga prawda...
Narcyza tylko własny obraz koi
Dlatego wzdycha do lustra jedynie
I tylko jemu rola ta przystoi,
On to uwielbia, z tego nawet słynie.
Nam do miłości nie potrzeba luster
A dni bez ciebie zawsze będą puste.
Gdyby tak można...
Gdyby tak można było przeżyć po raz wtóry
Czy zmienić coś bym zechciał, inną poszedł drogą?
Uwierzyć by mi zdołał facet mało, który...
W inną przyszłość nie wdepnę jedną choćby nogą.
Bo najdrobniejsza zmiana oznaczać by mogła,
Że ku temu, co kocham - a kocham szalenie -
Ta nowa, inna przecież ścieżka by nie wiodła
Dlatego - choć to dziwne - niczego nie zmienię.
I wszystko na swym miejscu póki żyję będzie,
Nie zginie, a więc szukać nic nie będę musiał,
Siedział będę wygodnie w pierwszym zawsze rzędzie
Czekając, co zmalują wszystkie moje wnusie.
Choć nie zawsze szczęśliwy na świadków was biorę,
Że mi znów się udało pecha wywieść w pole.
Słyszysz?
Słyszysz jak serce z żalu pęka?
Choć głucho, ale jeszcze bije.
Wczoraj skapane w uczuć dźwiękach,
Dziś jak bezdomne, jak niczyje...
Łakome blasku oczu piwnych
W objęciach czuło się mocarnych,
Dwóm chciało ciałom bić - naiwne...
Drzy pogrążone w myślach czarnych.
Za szczęściem gonić mimo słoty
Przystoi bardziej sercom młodym.
Z obawy, co się stanie potem,
Starszym potrzeba, choć pogody.
I to, co z trudem się rodziło
Miast dojrzeć, jak o mur rozbiło.
Dlaczego?
Nie z wielkiej do wierszy miłości
I nie dla publiki uznania,
Czasami, to nawet ze złości
Rymuję, bo lubię wyzwania.
Rymuję, bo z rymem jest trudniej,
Bo wiersz to w istocie piosenka,
Carillon dźwięczący w południe,
To spacer pod rękę z panienką.
Rymuję, choć dziś to niemodne
Dla wielu to „obciach” i „wiocha”,
Choć wiem, że bez rymu wygodniej,
Że w rymach jury się nie kocha.
Choć szarą mnie nazwie ktoś owcą
Dziewięciu chcę zgłosek być łowcą.
Sobota
Uwielbiam moment, gdy w brzemiennej chmurze
Nieśmiało śliczny się błękit przebija,
Wzrok się ciekawski kieruje ku górze,
Pędzi z pomocą wyciągnięta szyja.
I niczym pierwsza z ogródka truskawka,
Od dawien dawna czekana nagroda,
Bez względu czyja byłaby to sprawka
Smakuje zawsze... I dnia już nie szkoda.
Smutek radości pola ustępuje,
Powraca dawno uśpiona nadzieja,
Choć nie wiadomo, co też aura knuje
Przez kwadrans błyśnie zieloności knieja.
Każdej się przecież umazanej w błocie
Chwila ze słońcem należy sobocie.
Prosty sonet o prawdziwej miłości
Prawdziwa miłość nie ma końca,
Trwa i trwać będzie mimo waśni,
Choć los wysyła zwątpień gońca
Trwa nawet, kiedy słońce zgaśnie.
Lecz najprawdziwsza szczęścia nianią
Nie będzie, póki się nie spotka
Z drugą, dokładnie taką samą.
A może to jedynie plotka.
Może podobna już wystarczy?
O taką łatwiej nawet w grudniu.
Od niebios to wspaniały dar, czy
Zdarza się co dzień po południu?
Bo każda może być prawdziwa
Skoro tej drugiej wciąż życzliwa.
Sentyment
Gdy się uroda z sentymentem spotka,
Choć mroczne smutku meandry poznała
To jakby w grudniu zakwitła stokrotka
Szczęśliwa, że się wiosny doczekała.
Jakby fortunie zachciało się nagle
Dotychczas szary rozpromienić piątek,
Wiatr żwawiej zawiał w osowiałe żagle,
Nitki osnowy zadowolił wątek.
Bo się sentyment w detale nie wdaje
Co zechce w róże ustroi, w błękity
Żeby listopad mógł się poczuć majem,
By owca cała była i wilk syty.
Nic nie dorówna mocy sentymentu
Większego nie da urodzie prezentu.
Jesienne barwy
Tulipanowiec pozazdrościł
Miłorzębowi szat złoconych
I się nie wdając w zawiłości
Bez włosów rwania, bez łez słonych
Też zmienić image postanowił,
W jesienny się wystroił kaftan
I oko puścił zachwytowi
Niczym z najwyższej półki tafta.
Klon przyglądając się z oddali
Chwilę pomyślał i dołączył,
I odtąd się jak one chwali,
Jesienne barwy słomką sączy.
I ja je sączę w słońca blaskach
W moich wykąpią się oklaskach.
„Dzieci z Michałowa”
Ja muszę „Dzieci z Michałowa”
O wybaczenie za to prosić,
Że Polska na nie nie gotowa...
Własnego zapomina losu.
Dziesiątą wszechpotęgę świata
Nie stać na kąt i kromkę chleba,
Lżej jej wypełniać rolę kata;
„wszechpolsce” dzieci nie potrzeba.
Jazydzi to a nie Polacy,
To „terroryści potencjalni”,
Z nich ani sławy, ani tacy...
Diabelska je dopada wialnia,
Siecze głos (nie)prawego klanu;
Płaczą dziś sosny Lechistanu.
Och!
Och! Jak miłorząb cudnie się ozłocił!
Jesień już za to wypada polubić.
Mróz przyczajony niebawem napsoci...
Każdy pień suknię pięknem tkaną zgubi.
Och! Gdyby można wstrzymać czas na chwilę...
Nie wiem, czy drzewa coś by przeciw miały,
Mógłbym im ręce zarzucać na szyję
Błagając, żeby w złotach trwać zechciały...
Gdzieś między liśćmi potwór ośmionogi,
Skoro to jesień, nić cierpliwie snuje
Ale niech spokój go nie zmyli błogi...
Zima wysłała pierwszy pocałunek,
Szroniąc zziębnięte wystroiła trawy
Jakby już chciała większej nabrać wprawy.
Jesienne barwy
Tulipanowiec pozazdrościł
Miłorzębowi szat złoconych
I się nie wdając w zawiłości
Bez włosów rwania, bez łez słonych
Też zmienić image postanowił,
W jesienny się wystroił kaftan
I oko puścił zachwytowi
Niczym z najwyższej półki tafta.
Klon przyglądając się z oddali
Chwilę pomyślał i dołączył,
I odtąd się jak one chwali,
Jesienne barwy słomką sączy.
I ja je sączę w słońca blaskach
W moich wykąpią się oklaskach.
„Dzieci z Michałowa”
Ja muszę „Dzieci z Michałowa”
O wybaczenie za to prosić,
Że Polska na nie nie gotowa...
Własnego zapomina losu.
Dziesiątą wszechpotęgę świata
Nie stać na kąt i kromkę chleba,
Lżej jej wypełniać rolę kata;
„wszechpolsce” dzieci nie potrzeba.
Jazydzi to a nie Polacy,
To „terroryści potencjalni”,
Z nich ani sławy, ani tacy...
Diabelska je dopada wialnia,
Siecze głos (nie)prawego klanu;
Płaczą dziś sosny Lechistanu.
O smutku
Smutkami szastać Po co? To niezdrowe.
Depresja męczy - mówiąc między nami.
Niech pesymista mi na to odpowie
Na zysk niech przykład choćby skromny da mi.
Wiecznie zmartwionych nigdy nie zrozumiem,
Co ślą, to echem wielokrotnym wraca;
Chętnie smutasa przekonam, jak umiem
Choć to Syzyfa ulubiona praca.
Tak mało w życiu dni pełnych radości,
Złe przepowiednie szczepią nas goryczą
I choć podpadnę tym wybuchem złości:
A niech je diabli... Na co takie liczą?
Smutki bym wyższą od najwyższej tamą
Odgrodził chętnie, albo - taką samą.
Boże!
Boże! Tak bardzo cierpiącym współczujesz
I serc miliony swą dobrocią wzruszasz.
Dlaczego ludziom najpierw ból serwujesz
Nim cuda czyniąc, błagań ich wysłuchasz?
I czemu, Boże trzeba Ciebie prosić
Byś był dokładny w kary wymierzaniu,
Modlitwy najpierw pod niebiosa wznosić
Powiedz, najlepiej w jednym krótkim zdaniu.
Bo ludzie dzisiaj tak bardzo się spieszą,
Czasu nie mają na długie wywody.
Ich tylko szybkie odpowiedzi cieszą,
Na pełny wykład nie uzyskasz zgody.
Los swój oddając ufnie w Twoje ręce
Grzeszą więc, wierząc w miłosierdzie – wielce.
Czy…
Czy łotr katolik, pytam wielebnego,
Lepszym człowiekiem, niż łotr ateista?
No wiesz „ mój synu”! Jakiś „komunista”
Miałby pokonać, boga wielbiącego?
Łotr ateista, skoro się nawróci,
Wstąpi z zapałem na kościoła łono
Może wzbogacić katolików grono
Kiedy nie zechce do nawyków wrócić?
Czy łotr katolik, gdy się wyspowiada
I rozgrzeszenie od księdza dostanie,
Lepszym człowiekiem dalej pozostanie?
Co ci wielebny twój nos podpowiada?
Zamęt wprowadzasz, dziwnie prowokujesz.
Ty znasz odpowiedź, mej nie potrzebujesz.
Ferie zimowe
Końcówka stycznia, szkoły mają ferie.
Zaczęło sypać, dziecko ten puch cieszy,
Wyprawiać zacznie na śniegu „brewerie”,
Nie każde jednak na podwórze śpieszy.
Bo dzisiaj zima złą ma konkurencję,
Młodym, smartfony zaśmieciły życie,
Do mrozu nawet zgłaszają pretensję,
W fotelach siedzą jak świnki w korycie.
Świat już nie cieszy. Zwyczajny jest, nudny;
Palcami wodzą po barwnym ekranie.
Wręcz uzależnia je ten urok złudny,
Straciły wzięcie łyżwy, narty, sanie.
I choć dziadkowie aktywność promują,
Już się psychiatrzy do wyzwań szykują.
Nie pytaj…
Nie pytaj proszę: Co ja dzisiaj czuję,
Gdy śmierć bez sensu brudne zęby szczerzy.
Ja tym co płaczą zwyczajnie współczuję,
Bo dzień powszedni z diabłem siły mierzy.
Ja się JURKOWI zwyczajnie nie dziwię,
Bo trudno znosić tak paskudne szczucie,
Ja, długie lata cierpliwość oliwię,
Ty też wytrzymaj, masz nasze współczucie.
Wybacz im! – Bredzę! Podłym nie wybaczaj!
Orkiestrę rozgrzej swym zapałem nowym,
Graj! – Obiecałeś, sam cele wyznaczaj.
Jurku! Ty jesteś dobrem narodowym.
Jesteś niezbędny dla całego świata,
Póki spotykasz siostrę, oraz brata.
Nowy Rok
Nowy, nadziei kod zdradzić obiecał,
Z zapałem wstąpił w dawnej wiary progi,
Znowu zerwała się na równe nogi.
Ponownie będzie uczuć płomień wzniecał?
Bo w Nowym Roku starość przypomina,
Że znów ubyło czasu na marzenia.
Lata mijają, a sen się nie zmienia.
Spadnie tym razem ratownicza lina?
Czy nowej wiosny wciąż wypada czekać?
Cóż, że Rok Nowy mami czasu pajdą,
Pragnienia, same drogi nie odnajdą,
Nie czas staremu na szczęście narzekać.
Nowy Rok zwykle z jakąś dziwną siłą
Ścieżkę odnajdzie, nadziei – zawiłą.
O życiu
Życie wymaga nadziei i szczęścia,
I waleczności, by znać smak sukcesu.
Dopiero wtedy, gdy dobiegasz kresu
Nabierasz o tym bladego pojęcia.
Życie, to stałe z cierpieniem zmaganie.
Burzy nie przetrwa do szczęścia nawykłe,
Bez twardej walki szanse jego nikłe,
Szybko wspomnieniem tylko pozostanie.
Melduj się zatem z sukcesu nadzieją,
A świat być może o tobie usłyszy.
Tylko odważnym szczęście towarzyszy.
Zwycięzcy łatwiej myśl tę zrozumieją,
Że nie wystarczy szczęścia głośna zgraja,
Bo w tej sztafecie potrzebne są „jaja”.
Pamięć
Wzruszenie, często myśli towarzyszy,
Gdy pamięć lata odległe przywoła,
Bo te dzisiejsze, od nich inne zgoła,
Jedynie ona dawny dźwięk usłyszy.
Pamiętasz? W łóżku – gorączka cię zmogła –
Leżysz, czekając, kiedy mama wróci,
Nowe dwa złote czas cierpienia skróci,
Ciasteczek paczka wyzdrowieć pomogła.
Tak mało dziecku do szczęścia potrzeba,
Ulży, kochanej dłoni dotyk ciepły,
Z sufitu strachy w popłochu uciekły,
Jak tort smakuje, z cukrem kromka chleba.
Tak, tylko ona czarować potrafi,
Gdy lekko choćby w czulą strunę trafi.
Polityka
Świat polityków – sen o wiecznej władzy.
Byle ją zdobyć – zdobytej nie oddać.
Kto ze sloganów zdoła ich rozebrać
Wstyd cały zdradzi, bo bez nich są nadzy.
Bo polityka jest sztuką perfidną,
Manipulacją, zbiorową hipnozą,
Cele bezduszne napawają grozą,
Kiedy się z wiarą spotkają naiwną.
Bo rzadko naród zadaje pytania,
Czym przyjdzie płacić za ich obietnice,
Absurdu, mocno przesuwa granice.
Długiego, zatem nie będzie kochania.
Wolny sąd brońmy, oraz demokrację,
Wspólnie ochronią łatwowierną nację.
Reklamacja
Szczęście! Co z tobą? Czemu moje dane
Ciągle, i jakby na wypadek wszelki
Odsyłasz chyłkiem na koniec kolejki,
W Zip 7 trzymasz nierozpakowane?
Staram się spełniać twoje wymagania:
Dzieci mam, wnuki, posadziłem drzewa,
Dom zbudowałem, pies dobrze się miewa;
Gram nawet w lotto – prawie od zarania.
Rymując, czekam śladów twojej łaski.
Hasło podałem – szybko – SMS-em.
Odpowiedź wyślesz mi: Orient Expresem,
Listem błądzącym bezdrożem Alaski?
Też jestem stary, chcę być użyteczny,
Różni nas jedno, ja nie bywam wieczny.
Boże (2)
Czemu rodacy perłom lśnić nie dają?
Zamiast docenić oprawiając w złoto,
Ludzi, co serca swe bliźnim oddają
Bez słowa skruchy znów wdeptują w błoto.
Jak kochać naród, który lżyć pozwala,
Nie widzi, dalej czubka swego nosa?
To wręcz przytłacza, wrażliwych powala.
Czeka pokuta. Gdzie nasza Kanossa?
Bo jak odpędzić do drzwi pukających,
Mając w pogardzie odległe cierpienia,
Bo jak opluwać tych pomagających?
Jak żyć uczciwie można bez sumienia?
Choć grzechów dużo, sądu Twego pilnych,
Boże! Karz grzesznych, oszczędź nam niewinnych.
Serce
Puk, puk. „Otwarte! Proszę! - serce woła -
Wciąż jestem wolne, czas jak tchórz ucieka,
Może z nadzieją ktoś, tam na mnie czeka?
Komory puste, jak w maju stodoła.
Nie! Nie mam wady: zastawki w porządku,
Rytm także, wolny, gotów na emocje,
Pora, by zadbać o jakieś promocje;
Zgoda na wszystko, w granicach rozsądku.
Mnie, na urodzie wielkiej nie zależy,
Lecz mam maleńkie, myślę, że realne,
Skromne życzenie, w istocie banalne:
Zębów niech raczej do innych nie szczerzy.
Cierpliwie zniosę najcięższe zmagania,
O jedno proszę – nie chcę bić dla drania.”
WOŚP
Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy!
Większej na świecie od niej nie znajdziemy.
Żadna orkiestra nie ma więcej mocy,
Tylko my taką szczycić się możemy.
Jej instrumentem, rodaków współczucie,
Zacna wrażliwość na chorych cierpienia,
Tym bardziej boli w dzień ten serca kłucie,
Gdy ktoś jej szkodzi, odbiera marzenia.
Jasne światełko, słodki plaster miodu
Cieszy Polaków, kiedy w styczniu zagra,
Znów będę dumny z mojego narodu,
Z nią mniej dolega smutek i podagra.
Jak się nie cieszyć jej świątecznym graniem?
Jak się nie dziwić krytyków szczekaniem?
Zatoczy koło...
Mokry listopad, ciemny grudzień,
Ktoś im odpłaci mrozem zatem.
Styczeń wraz z lutym, młodszym bratem,
Szybko odarły świat ze złudzeń.
Biel śnieżną zima tkać potrafi.
Słońce potopem pola zleje,
Lód, tylko nocą zaszaleje,
Zieleń, na listę pragnień trafi.
Zatoczy koło Ziemska Kula
Wokół najdroższej sercu gwiazdy,
W letnim obuwiu już pojazdy,
Z radością wiosna w duszy hula.
Drzewa ustroją się w ornaty,
W drzwi zapukają znowu swaty.
Zdaje mi się
„Zdaje mi się...” – gdy mówisz – czy to dziś oznacza:
Żeś wiedział, ale teraz, nie masz już pewności,
Czy wiesz dobrze, i pragniesz uniknąć przykrości,
Kiedy temat na bardzo śliski parkiet wkracza?
Może nie wiesz – lecz bardzo uniknąć chcesz wagi,
Mądrzejszym chcesz się wydać na sposób gustowny,
Gdy, przesądza ambicji nadmiar niestosowny,
Lepsza rola fałszywa, niż strata powagi.
A może gorycz prawdy ukryć pragniesz, znając
Realne jej oblicze, w nadziei korzyści?
„Zdaje mi się”: tak kręcić potrafią artyści.
Politycy przeróżni, żadnym nie ujmując,
Również sobie z tym radzą, tłum lustrując wzrokiem
Na okrągło to czynią – bez mrugnięcia okiem.
Zima 2019
Zima w tym roku słowa dotrzymała,
Wraz z kalendarzem przyszła, z końcem grudnia.
Wigilijnego z gwiazdką popołudnia,
Mroźniej powieści wątek pierwszy snuła.
Dopiero styczeń pokazał pazury.
Śnieg ślad zasypał bielą szczypiąc w oczy,
Zziębnięty kundel na swój psi los psioczy,
Kiedy zrzuciły swoje brzemię chmury.
Luty brzeg rzeki cienkim lodem kuje,
Do ciepłych domów przeniosło się życie.
Pojutrze wróci mroźnych wiatrów wycie,
Choć dziś z komina cienki dym się snuje.
Kiedy ze słońcem marzec zawrze spółkę,
Pierwszą, wiosenną przywita jaskółkę.
Babcia i dziadek
Mą babcię Zosię, dziadka Konstantego,
Wspomnieć radośnie, już muszę się śpieszyć.
Kochali zawsze, umieli się cieszyć
- Sami ubodzy - ze szczęścia każdego.
Dzisiaj - też dziadek - myślę nazbyt skrycie,
Że mam to po nich i chcę podziękować.
Urazy nigdy zbyt długo nie chować –
Wierzę w ich sposób na spełnione życie.
Kocha się mimo... a nie za urodę.
Radość rozsiewać na kochanej buzi –
Taki urodzaj nigdy się nie znudzi;
Miłość oznacza również na ból zgodę.
Dziękuję babci, dziadkowi dziękuję.
Tym co nie mogą – serdecznie współczuję.
Brzoza
Nowe dziś brzoza przywdziała rajstopy.
Na tle rozlanej Biebrzy wód błękitu,
Trudno oderwać od prześlicznej oczy,
Dałem się złapać w szpony niedosytu.
Zachwyt próbował nadążyć z pościgiem,
Śledząc wciąż, słońcem rozpieszczoną korę.
Zamiast zimowym się cieszyć kuligiem,
Brzozowy urok do swych snów zabiorę.
Bez liści, oraz puchu konkurencji,
Bielą uwodzi, co przystoi pannie;
Z taką urodą, bez niecnych intencji,
Chętnie wykąpał bym się w jednej wannie.
Trudno być ślepym na brzóz piękne szaty,
Kiedy śpią jeszcze wiosenne tematy.
Czemu
Czemuś mi zabrał dzisiaj przyjaciela?
Z ciężką chorobą dałeś mu się zmierzyć,
Czy roku choćby, jeszcze nie mógł przeżyć?
Z nim nawet środa była jak niedziela.
Do czego dłonie jego Ci się zdały?
Tylu żeś ludzi pogrążył w żałobie,
Syna zasmucił, płaczą córki obie,
Wnuczęta przecież za nim przepadały.
On nie zazdrościł niczego, nikomu,
Jak nikt, zasłużył na Twoją opiekę.
Zatem, dlaczego dziś zamknął powiekę?
Niech jak najlepiej w nowym ma się domu.
Bo choć od dawna śmierci się spodziewał,
Wiem, że na Ciebie nigdy się nie gniewał.
***
Wybacz mi: Skoro wszystkiemu podołasz,
Czemu zamykasz oczy na zasługi?
Może byś Stwórco zechciał raz, i drugi,
Uwagę zwrócić, kogo do snu wołasz.
Baczniej się przyjrzyj złym, co z bliźnich kpili
Niech życie będzie, za jakość nagrodą!
Daj się nacieszyć ich ziemską przygodą,
Najlepszym, kiedy na to zasłużyli.
Drań by się strwożył, gdybyś błogosławił
Tym potrafiącym pięknym znaczyć śladem.
Kto będzie młodych zachęcał przykładem,
Do ról szykował, jak żyć godnie – prawił?
I niespodziankę ludziom byś zgotował,
W ramach promocji – może byś spróbował?
Czy można…?
Czy można zabić miłość?
Tak, jednak nie czyń złego.
Jak jej uczynisz zadość,
Rozgrywką w klubie Go-Go?
Zdolnością kredytową
Nie grzeszą stare kości,
Nie szybko spotkasz nową,
Miłość, to dług wdzięczności.
Na starość, zakochaniem
Ogrzejesz zimne dłonie?
Jedynym twym ubraniem
Zostaną siwe skronie,
I miłość, choć wiekowa,
Lepsza, niż słodkie słowa.
Czyżby wiosna?
Żuraw obudził mieszkańców doliny,
Znać dał, że pierwszy wiosnę chce przywitać,
Ta, znów rozkładu nie potrafi czytać,
Z zimy próbuje, niecne robić kpiny.
Krokus zdziwiony. Przez zielone palce
Zerka zbudzony wyraźnie za wcześnie,
Mróz przecież winien jeszcze trwożyć we śnie
Wiatr, z białym śniegiem tańczyć białe walce.
Czyżby to prawda? Że, to ocieplenie
W skali globalnej, że zima tak schudła?
Zaspy, wypełnią pięknych wspomnień pudła?
Sań już nie pozna młode pokolenie?
Mak, co się wysiał jesienią beztrosko
Może doczeka, i zakwitnie wiosną.
Faworki
Lubię faworka jeść i smażyć lubię,
Cieszy mnie radość, jaką w ustach budzi.
Chrust, w słodkim pudrze, nigdy się nie znudzi,
Nawet twardziela, ciężkiej podda próbie.
Ja mam to za nic, to mnie nie przeraża,
Trudno – przeżyję tydzień bez kolacji,
Chętnie spróbuję słodziutkiej sensacji,
Mój brzuch na żadne przestrogi nie zważa.
Świat się zakochał – uwielbia faworki,
Kręcą smakoszy, rzec można ogólnie,
Pewnie codziennie: w niedziele, we wtorki,
Lecz w tłusty czwartek smakują szczególnie.
Skuszę Tereskę faworkiem w zapusty,
Już się nie oprze porcyjce rozpusty.
Gdy liść ostatni
Gdy liść ostatni z mego drzewa spadnie,
Niemego serca niech wszystkie atomy
Kwiaty zasilą – może los odgadnie –
Tygrysiej lilii. Tak! Jestem łakomy!
Niech odrobinka skusi igłę świerka,
Wspomnieniem będzie – praprawnuki wzruszy?
Z płatków magnolii urocza kołderka
Otuli wszystkie wspomnienia mej duszy.
Śmierć, być przestanie przepowiednią podłą,
Bo choć nie tęsknię wcale za wiecznością,
Gdy porcją czwartą, smukłą będę jodłą,
Z życiem się żegnać, z mniejszą przyjdzie złością.
Skoro nie zaznam więcej chłodu rzeki,
W moim ogrodzie przespać chciałbym wieki.
Luty 2019
Starość, co szuka do życia podniety,
Tej zimy jeszcze takiej porcji słońca
Nie otrzymała, rzec można – niestety.
Wiosna wysłała dzisiaj swego gońca.
Śnieg szybko ginie. Czy tak już zostanie?
Czy nową porcją luty nam przypomni,
Że jest za wcześnie na z zimą rozstanie?
O ciepło proszą nie tylko bezdomni.
Jeszcze się bieli rozlewisko rzeki,
Nie słychać jeszcze żadnego żurawia,
Lecz dziś dochodzą do uszu przecieki,
Że się niejeden już w podróż wyprawia.
Dzień coraz dłuższy, nadzieja się rodzi
Że wiosna rychło pragnienia odmłodzi.
Łabędzie
Są! Przyleciały nad Biebrzę łabędzie;
Ich blask nie tylko moją radość pieści.
Rzeka wylała, więcej wdzięku zmieści,
Oczy by cieszył taki urok wszędzie.
Rzeka już dawno na gości gotowa:
Niebem barwione lśnią błękitne wody;
Nikt nie odbierze łabędziom urody,
Urok powrócił dziś do Dolistowa.
Ja je uwielbiam, one wody bobrze,
Płyną dostojnie, niczym białe żagle,
Nic ich nie spłoszy, nie zaskoczy nagle,
Są tu bezpieczne – pewnie im tu dobrze.
Zima swe białe szaty porzuciła.
Wiosna już chyba na dobre wróciła.
Mgła wiosenna
Mgła dziś zasnuła pejzaż sercu miły.
Łabędzie, które wczoraj wzrok głaskały
Chętnie by słońcu pióra swe oddały,
By wzmocnić nieco nadwątlone siły.
W ciszy spokoju, puchowe poduchy,
W mlecznym azylu cierpliwie czekają,
Aż mgła opadnie, żeby całą zgrają
Dalej, na północ wiosny nieść podmuchy.
Może któremuś Biebrza się spodoba,
Zostać tu zechce, pani swej poszuka,
Może mu serce już do którejś puka.
Gniazdo założy, biel naszych ozdoba?
„Brzydkich kaczątek” znów latem przybędzie,
I znów się zmienią w przepiękne łabędzie.
Na Walentynki
Radość wróżą słodkie minki,
Podpowiedzą: jak, gdzie, kiedy?
Gdy świętują Walentynki,
Zaciskają zęby zgredy.
Nie im kręcić przyjdzie zadkiem.
Pokaz manier, wychowania
Babć i dziadków dumnym spadkiem,
Na nic, innych ról starania.
Chłoń, celebruj – pókiś młody,
Skoro służą wszystkie członki.
Stare, w miejsce nowej mody,
Kościelnego, pieszczą dzwonki.
Może jakiś klub seniora?
Chętniej zjadłbym muchomora!
…Świeżej porcji muchomora!!!
***
Dziś radość wróżą młodych słodkie minki
Podpowiadają: Jak, gdzie, oraz kiedy?
W dniu, gdy świętują wszystkie Walentynki,
Zęby zazdrośnie zaciskają zgredy.
Nie im sądzone starym kręcić zadkiem,
Lecz pokaz manier, szkoła wychowania.
To babć i dziadków bywa dumnym spadkiem,
Na nic się zdadzą innych ról starania.
Święto celebruj, gdy masz pesel młody,
Dopóki sprawne wszystkie twoje członki,
Bo starym w miejsce nowej, smacznej mody
Dźwięczą rozkosznie kościelnego dzwonki.
A, może wstąpisz do klubu seniora?
Cooooo??!! Wolę świeżą porcję muchomora!
Nim się wybiorę...
Nim się w ostatnią mą podróż wybiorę,
Pragnę w mej ziemi odbić się pieczęcią,
By z dobrych wspomnień postawić zaporę,
Niech, mój ochroni lęk przed niepamięcią.
Smutne, gdy życie śladu nie zostawia,
Podmuchu wiatru obarczone siłą,
Pląsem chwilowym, niczym się nie wsławia,
Bezgłośne, jakby go wcale nie było.
Iść łatwiej młodym, kiedy drogowskazy
Podróż oznaczą, cenną podpowiedzią,
Choćby to były jedynie wyrazy,
Co życie czynią bezgrzeszną spowiedzią.
Wtulony w ciszę kamień więcej znaczy
Kiedy wędrowca, błądząc, go zobaczy.
Poważnie, z humorem
Pragniesz, by słowa twe brzmiały poważnie,
Z zacnym tematem zawiązały spółki,
Dobierasz wszystkie niezwykle rozważnie,
By lśniły metką zwrotów z górnej półki.
Obawa smutna dręczy cię uparcie:
Czy ktoś przy końcu tyrady nie zaśnie?
Uwaga bardziej skupia się na żarcie,
Nim cisza mnogim decybelem wrzaśnie.
Wzniosłości potok nie doczekał echa?
Cennego czasu zawsze martwi strata,
I żeś się starał, marna to pociecha,
Posłuchaj rady, z doświadczeniem, brata.
Nie chcesz się zmierzyć z sukcesu pozorem,
Sprawy poważne – prezentuj z humorem.
Przyjdź!
Króciutką prośbę „expressem”
Wysłałem jej SMS-em:
Przyjdź! Znowu tęsknię, okrutnie.
Czas tak się dłuży rozrzutnie.
„Chęć się już dzisiaj pakuje!
– Szybką odpowiedź serwuje –
Nawet, gdy zmarznąć bym miała,
W marcu ci oddam się – cała!
Wiedziona słonecznym sygnałem
Złotym się zjawię podbiałem,
Lub może w sukni błękicie,
Krokusem będę w rozkwicie.
Którym? Na pewno odgadniesz,
I dam ci to, czego pragniesz.”
Puste gniazdo
Słońce już zaszło, puste gniazdo czeka.
Bocian przyleci, pewnie z końcem marca.
Oczy ucieszy młodych, serce starca,
Gotowa będzie na przybysza rzeka.
Za chwilę, nocy ciemność dzień pochłonie,
Spokój, usypia rozmowy żurawi.
Świt znów obudzi gwar i radość sprawi,
Szkoda, że w stajniach nie rżą kare konie.
Dziwna by była wioska bez bociana
Skąd by się wzięły nowe pokolenia?
Misję specjalną mają do spełnienia;
Kogo by brały babcie na kolana.
Nie tylko myszy cieszą się ze zmroku,
Nikt nie odbierze wieczorom uroku.
Rozjemca
Urodą uwodzisz me zmysły,
Wspaniale się spisał Twój malarz,
Nadzieją napawasz czas przyszły,
Kochaniu rozkwitnąć pozwalasz.
Tak chciałbym Cię okryć sonetu
Powiewem utkaną sukienką,
By obok niemego portretu
Był tortu mych wspomnień wisienką.
Twój urok zapiszę w pamięci,
Tej nocy na pewno nie zgaśnie.
Nut pięknych plejadę wiersz nęci,
Wśród rymów wciąż rodzą się waśnie:
Czy wdzięku masz więcej, czy serca?
Znów będzie potrzebny rozjemca.
Wiersz (2)
Wiersz – zdobiona pięknym słowem, romantyczna czasu strata?
Odrzucając każde tabu, poetycką rządzi normą.
Choć pozornie bez powabu, muzom wierną służy formą.
Pokłon czyniąc złotogłowiem, skromnym hołdem jest dla Świata.
W każdym niemal pokoleniu, świętość się rozstaje z Graalem
Wzór klasyczny w zapomnieniu, tronu coraz ustępuje.
Wiersz, wciąż zmienia swe aktywa, smaku nowych form próbuje,
Skoro nowość, sławy chciwa, rymu nie chce być wasalem.
Nowe strofy – nowe stroje. Świetnie! Świat jest przecież różny.
Niczym ziarno z wnętrza kłosa korzystając z mód kreacji
Strzelić pragnie pod niebiosa, wiersz, przy wiecznych cnót narracji.
Niech więc wdzieje suknie swoje, wenie niech nie będzie dłużny.
Skoro słońce, jak świeciło, świeci, zdolne grzać sumiennie,
Trwaj klasyko! – Sercu miło, że jest coś, co brzmi niezmiennie.
Wiosna 2019
Piękna przykładów nad Biebrzą bez liku,
Ślicznym dziewczynom nie brak konkurencji.
Własną urodą i klasą prezencji
Sobie nawzajem dotrzymują kroku.
Skowronek śpiewem, żuraw głośnym krzykiem,
Oznajmić pragną, że już są, że wiosna.
Doczekał znowu ogrodnik i sosna,
Cieszy się wszystko, co ciepła stronnikiem.
Kobiety znowu odkryją kolana,
Kukułki chętnie szczęście im wywróżą,
Bociany, chociaż zmęczone podróżą,
„Prima |aprilis” zaklekocą z rana.
Słońce jak zawsze uczucia rozgrzeje;
Na widok wiosny, radość się zaśmieje.
Wiosna
Trudno nie lubić – któż nie zgadnie –
Uroczej wiosny wszystkich wcieleń.
Nie znam nikogo, kto nie pragnie
Po zimie witać młodą zieleń.
Nikt nie zarzuci jej szaleństwa,
Nie wytknie, że się pośpieszyła,
Nikt nie wypluje słów przekleństwa,
Bo pragnień wszystkich nie spełniła.
Wiosną ożyją przepowiednie,
Stare marzenia, w nowej szacie,
Miłość odzieje strój bezwiednie,
Człowiek odrodzi się w psubracie.
Wiosna to również stan umysłu,
Pieszczota dla każdego zmysłu.
Witajcie w szkole
Witajcie wszyscy, wiedzy szukający,
Postawcie śmiało pierwszy krok kariery.
Apel jedynie mamy dziś gorący,
Żeby was zapał nie opuszczał szczery.
Uczcie się śmiejąc, w prawdzie się lubujcie.
Bo poszukując znajdziecie odpowiedź,
Stare poznając nowych dróg próbujcie;
Niech pozostanie krótką wasza spowiedź.
Dwa, szkół filary: postęp i tradycja,
Niech jeden nigdy nie gubi drugiego,
Bo ludziom służy taka koalicja,
I zawsze zadaj pytanie: Dlaczego?
Choć wiedza nasza już przecież rozległa,
Chwila poznania wszystkiego, odległa.
Bocian
Ile azotu z tlenem musiał zmieszać,
Ile pomyślnych wiatrów wykorzystać,
Na jednej nodze, nocy ile wystać,
Strwożone serce ile razy wskrzeszać?
Ilu drapieżców musiał wywieźć w pole,
Ile nadziei musiało zaświtać,
Jak różne poznać wagabundy role,
Żebyśmy mogli bociana przywitać?
Czemu w tym jednym gnieździe mieszkać pragnie?
Czemu, tu miejsce wybrał dla swych dzieci?
Każdy, kto gniazdo raz opuścił – zgadnie,
Jak on, do domu rodzinnego leci.
Nie raz łzę otarł, za kolebką szlochał,
W Biebrzy się pewnie, tak jak my – zakochał.
Chodzi mi o...
Chodzi mi o to, żeby zdobną zwrotką,
W rym otuloną, wszystkim zrozumiałą,
Trafić do myśli zajętych trzykrotką,
Pracą, sprzątaniem, o los troską stałą,
Docenić proste, codzienne tematy:
Co w życiu ważne, czemu dręczy zmorka,
By, raz służyły za miękkie piernaty,
Raz, szydłem wyjrzeć zechciały by z worka,
Piękno malować bliskie, tuż za miedzą,
Nie doceniane zazwyczaj na co dzień,
Niech je dostrzegą, innym podpowiedzą,
Strofy sonetu każdy powód godzien.
Cieszy mnie bardzo, serce się podrywa,
Gdy zwolenników poezji przybywa.
Deszcz nocny
Deszcz nocny z wiatrem senne myśli kusi
Melodie stuka o blachę perkusją,
Po czym nad ranem sam spokojnie przysnął,
Bo dziś sobota, też odpocząć musi.
Słońce już czeka, takie mam wrażenie,
Chmury rozpędzi, choćby na chwileczkę,
By dzień porządków rozjaśnić troszeczkę,
Takie, odwiecznej tradycji spełnienie.
Może w ogrodzie magnolie przesadzę.
Pora najwyższa, bo już wiosna puka,
Krokus wygląda, twarda z niego sztuka:
Już możesz, śliczny – wychodź – dobrze radzę.
Jutro niedziela, Zbigniew gości sprosił,
Także za wiosnę toast będę wznosił.
Jak w raju
Winem się uracz – dzień zyskasz szczęśliwy.
Żeniąc się, zaznasz rozkoszy rok cały.
Ogród zapewni szczęścia powód trwały;
Skromny mnich ongiś doradzał życzliwy.
Pielęgnuj go, dbaj o wszystkie potrzeb wątki,
Podlewaj stale, karm, rozmawiaj czule,
Pszczołom podaruj miodem syte ule,
Nawet ukryte odwiedzaj zakątki.
Po latach, kiedy rozliczy cię życie:
Tak raj wyglądać powinien! – Zawołasz.
Choć jest niepewność, gdy zechcesz, podołasz.
Wystarczy zadbać – sukces przyjdzie skrycie.
Czy o ogrodzie myślał bezimienny,
Czy dał miłości porad cykl bezcenny?
Jest ktoś...?
Jest ktoś...?
Jest ktoś nad Biebrzą, kto wiosny nie lubi,
Bez cienia żalu: „Zimo, wróć!” – zawoła?
Boże! Co plecie? Rozum w śniegu zgubił?
Tego dziwaka ktoś zrozumieć zdoła?
Jest ktoś, kto z raju do piekła by wrócił?
Kto, by po marcu na kwiecień nie czekał,
Wiosną, nadzieję na szczęście porzucił?
Po kwietniu, maja uroków się zrzekał?
Uwielbiam wiosnę, bo lato zaprasza,
Lilie zakwitną, a po nich – gladiole.
Oko, pretensję wciąż o więcej zgłasza;
Ja, wszystkich kwiatów spełnię każdą wolę,
A kto z kochania rezygnuje w maju,
Nie zasługuje, by żyć w pięknym kraju.
Jolu...
Jolu kochana! Koleżanko „z celi”.
Kusi Cię wiosna solidnym oddechem.
Smutniej nam będzie, gdy buzia z uśmiechem
Twym, zawsze ślicznym, nas nie rozweseli.
Odbyłaś wyrok. Wiedziona pokusą,
Słodkiej wolności wkrótce zasmakujesz.
Wiemy, że wszystkim bankowcom współczujesz,
Bankierem będziesz, z kasą nieco kusą.
Niech Ci się pieniądz śnić już nie próbuje!
Patrz! Oczy nasze dla łez dziś zbyt ciasne.
Niech Ci przynajmniej zdrowie dopisuje;
Liczyłaś cudze, długo licz dni własne.
My, dziękujemy Ci za wspólne lata,
A Bank… niech płacze, niech wie co to strata.
Już są...
Już są! Krokusy główki wychyliły,
Złote kielichy z trawy wyglądają
Jeszcze ostrożnie, jakby tu nie były,
Znów przed podbiałem wiosnę ogłaszają.
Żeby tradycji stać się mogło zadość,
Nocny mróz zechciał się z nimi przywitać;
Tak krótka bywa z wczesnej wiosny radość,
Tym szybciej trzeba widok piękny chwytać.
Lecz ja, nie płaczę, wiem, że już za tydzień
Całym dywanem krokusy zakwitną.
Szybko zapomnę luty, styczeń, grudzień;
Bez mego żalu zimy ślady znikną.
Marzec, już nowe szykuje klejnoty,
Nikomu nie brak na wiosnę ochoty.
Kot, w marcu
Wiosna... z pewnością! Kot już, jak należy,
Ludzką cierpliwość ponownie testuje,
Wolności, jeszcze więcej potrzebuje,
Nie wrócił rano; pies oczom nie wierzy.
Po nocy zawsze czule się witają:
„Baja” go goni, on niby ucieka,
A tak naprawdę, jak na kumpla czeka,
Dwa lata z misek sobie wyjadają.
Dopiero marzec ów rytuał zmienia,
Bo zew natury co roku zwycięża,
Słodziutki pupil gra dzielnego męża,
Wyrzut, nie dręczy kociego sumienia.
Czy wróci znowu, nędzny i skruszony?
Jak dotąd, wracał – amant wychudzony.
Marzanna
Pierwsza, wiosenna, marcowa niedziela
Woła, by wreszcie pożegnać się z zimą,
Bo wielu zmartwień bywała przyczyną;
Nieliczne grono zdania nie podziela.
Nim z wiosny w pełni zapanuje radość,
O zimę, kłótni już nie pora toczyć,
Trzeba Marzannę w Biebrzy nurcie zmoczyć,
Starej tradycji czas uczynić zadość.
Wprawdzie poranek jeszcze całkiem chłodny,
Ślimaki suną ciepłem dnia skuszone.
Winniczkiem, siły wzmocni nadwątlone,
Jeż wychudzony, co się zbudził, głodny.
Pszczoły się pyłkiem wrzośców zajadają,
Gęsto obsiadły dywan, głośną zgrają.
Modlitwa starego kawalera
Gdyby szczęście dziś przyszło, łzy bym nie uronił.
Może spełni się jutro, wczorajsze marzenie?
Nie będę utyskiwał, i za wiatrem gonił,
Bądź łaskawszy mój losie! Choć raz miej sumienie!
Nie każdy dość ma czasu, długie warty męczą;
Włos już rzadki, siwieje, starość rychłą wróży,
Kolanom ból doskwiera, zbyt długo już klęczą,
To psychicznej kondycji wyraźnie nie służy.
Pragnienia, do paskudnej prowadzą depresji,
Psychiatrzy, i beze mnie dobrze sobie radzą,
Przed skutkami mnie uchroń przerwanej sukcesji
Dopóki się me członki jeszcze na coś zdadzą.
Stary nieco kawaler na swój los narzeka,
Tak bywa kiedy facet – zamiast działać – czeka.
Na Dzień Poezji
Dziś Dzień Poezji, nie znałem przepraszam,
Lecz, jak brak wiedzy muzom wynagrodzić?
Sonet stosowny może zdołam spłodzić.
Wieczór daleko, zatem rymy spraszam.
Poezjo! Wieczna słów wszystkich ozdobo
Niektórzy myślą, że jesteś przeżytkiem
Słów udziwnionych niepotrzebnym zbytkiem
Dla życia zbędną, dziwnej płci osobą.
„Wybacz im, bowiem nie wiedzą co czynią”,
Z życia chcą zrobić wygodną biesiadę.
Ja, chętnie przyjmę w Twej szkole posadę
Choćby woźnego z zawsze dumną miną.
Będę się uczył pilnie, jak należy,
Słowa układać – nim mój czas ubieży.
Nara
W sonetu formę chciałbym sprawniej myśli wplatać,
Dopieszczać gładkie rymy, rytm, co serce koi,
Okopać się w tradycji, wiekopomnej zbroi,
Zaświadczyć każdą zwrotką, jak bez skrzydeł latać.
Poezji się poddałem, z nią zatańczyć pragnę.
Bo choć już wszystko było – wierszy pełne półki –
W epoce skrótów chciałbym wypuszczać jaskółki;
W hasłach wzrok wciąż się kąpie, czy odzew odgadnę?
„Nara”, mi nie wystarcza, wolę „ do widzenia”,
Lub „żegnam”, gdy się intruz do sumienia wciska.
I, zamiast słownych klipów wybieram igrzyska,
Słowa tkać chcę w: zaklęcia, przestrogi, pragnienia.
Do dzieła zatem! Z myślą szybciutka narada,
Praktyka, drogą mistrza – życie podpowiada.
O Wierszu
W ciszy poeta strofy w wiersz układa,
Słowem ozdobnym idee obleka.
Kiedy natchnieniu zgłoska nie ucieka
Znowu powstanie o życiu tyrada.
Bo z czego pisarz dzieło swoje tworzy?
Nie dotknął rymu nie spytał: dlaczego?
Tak wiele da się wykrzesać z niczego;
Przed czasem nawet, myśl się nie ukorzy.
Trwa, bez ochrony twardego tworzywa
Tylko pamięci ludzkiej mu potrzeba,
W niej mu najlepiej, w niej dotyka nieba,
Bo człowiek łaknie piękna i krzesiwa,
Nadziei, choćby nikłej odrobiny,
A życie przetrwa w koszyku z wikliny.
Pani M.
Pani M. – Dzięki, za Jej cudne zdjęcia.
W ciepełku siedząc oczy mogę pieścić;
Nie miałbym, bez nich, bladego pojęcia,
Że wdzięku tyle Biebrza może zmieścić.
Nie muszę wstawać godzinę przed świtem,
Tylną część mocząc, kryć się przed ptakami,
Nie musi Ślązak łzawić z niedosytem,
Z szefem się kłócić, zmieniać dyżurami,
Czekać nie trzeba zbyt długo wyniku
Porannej, życia pełnej eskapady,
Tego dnia jeszcze, foto na Facebooku;
Echo roznosi: Wow! Super! – tyrady.
Nikt tyle Biebrzy nie czyni dobrego.
Brawo, Beatko! – ...zdjęcia najlepszego!!!
Po znajomości
Sobota śmiała się rozpromieniona,
Niczym zapowiedź rychłej, ślicznej wiosny,
Lecz, co to? Rzeka taka odchudzona!
Kto skradł jej urok, kto był tak zazdrosny?
Choć srebrzą pejzaż chude rozlewiska,
Pewnie za kilka dni – to smutne – znikną.
Żal, że się wodne zakończą igrzyska,
Czy może chmury spadną białą ikrą?
Czy się zawiodą stada batalionów,
Kiedy przybędą na swój zlot doroczny?
Rzeko! Bądź miła, nie psuj nam nastrojów!
Czy ja nie jestem nazbyt czarno-wzroczny?
Pusta, by była Biebrza bez swych gości;
Deszczu poproszę – tak po znajomości.
Przezorny bociek
Mądry mój bocian. Dobrze wie co robi,
Że się nie śpieszy do zimnego gniazda,
Kiedy śnieg, pejzaż świeżą bielą zdobi,
Jeszcze nie jemu świeci Biebrzy gwiazda,
Żeby zaczekać, instynkt podpowiada.
W marcu pogoda zmienia się co chwila.
Gdzieś, na południu króciutka narada;
W Prima Aprilis zobaczę pupila.
Kwietnia początek, nie lepszy od marca,
Klekot przezorny, więc liczy na siebie,
Nie lubi zbytnio wczesnej wiosny garnca,
Choć mu pomogę, gdy będzie w potrzebie.
Memu boćkowi nie wystarcza słowo,
Wie, jakie bywa wiosną Dolistowo.
Puste gniazdo
Słońce już zaszło, puste gniazdo czeka.
Bocian przyleci, pewnie z końcem marca.
Oczy ucieszy młodych, serce starca,
Gotowa będzie na przybysza rzeka.
Za chwilę, nocy ciemność dzień pochłonie,
Spokój, usypia rozmowy żurawi.
Świt znów obudzi gwar i radość sprawi,
Szkoda, że w stajniach nie rżą kare konie.
Dziwna by była wioska bez bociana,
Skąd by się wzięły nowe pokolenia?
Niezwykłą misję mają do spełnienia;
Kogo by brały babcie na kolana.
Nie tylko myszy cieszą się ze zmroku,
Nikt nie odbierze wieczorom uroku.
Rada teściowej – czyli – Pieskie życie
Mężczyznę traktuj ja psa, albo kota,
Po ludzku, znaczy: rano nakarm smacznie,
Za dnia go wypieść, niech coś ma – niecnota,
A na noc wypuść, dom doceniać zacznie.
Nie można przecież bez przerwy harować.
On rano wróci, zechce wypoczynku.
Szybko śniadanie trzeba uszykować,
Mama zadzwoni; „Jak się masz mój synku?
Dobrze, mamusiu, lecz jestem zmęczony,
Opowiem później, teraz odpoczywam,
Bo zaraz będę musiał pójść do żony,
Mam obowiązki – ciężko – nie ukrywam.”
Nie wie, jak długo trudom swym podoła,
Jutro Dzień Kobiet: „Kocham cię!” – zawoła.
Sonet
Jak pisklę w zbyt twardej skorupie nocą wykluwał się sonet.
Rym prosił, drugiego stęskniony: Przybądź! Tak trudno bez ciebie.
Dostrzegasz me niskie ukłony? Wspomóż poetę w potrzebie.
Podpowiedz mi: Czymś cię przekupię, czy zdjąć ze ściany pistolet?
Noc całą, miast płynąć okrętem przez zwrotki wiersza kolejne,
Balastem się z grodzi do grodzi, myśl w pustce głowy przelewa.
Bez rymu się sonet nie zrodzi, magmą bez formy się miewa,
A czasem, a jakże, natrętem w pretensje zbrojnym bezczelne.
Łódź w dryfie stanęła. Nie rusza. Wśród rymów flauta prawdziwa.
Jak długo stać będą w łopocie, żagle, nie pchając o milę?
Czy stracę kolejnych snów krocie, szkwału doczekam, choć chwilę?
Gdy próśb mych plejada nie wzrusza, znów cisza brzmi dokuczliwa.
Dlaczego mnie dręczysz sonecie, gdy w snu objęcia wpaść pora?
Rozumiem! Uparte żeś dziecię... Przyszło mi pieścić potwora?
To już wiosna
Tak! To już wiosna – do roboty zatem!
Pora przesadzać, co chce przesadzenia:
Żeby zachwycić mogło oczy latem,
Gdy się rozrosło, lub wyjść trzeba z cienia.
Mówicie: mokro i zbyt zimno jeszcze.
Nic podobnego, marzec – czas stosowny,
Minęły groźby lutego złowieszcze,
A deszcz majowy – nie zanadto słowny.
Już przesadziłem dwie śliczne „Zuzanny”.
W cieniu, magnolie trzy lata czekały,
Korzeń wzmocniły, chciały do dziewanny,
Na zmianę, w słońcu będą kwiaty grzały.
Tak! To już wiosna! Zatem – do roboty!
Czas siać rozsadę, reperować płoty.
Vivat! Siatkówka.
Wiersz o SIATKÓWCE napisać dziś „muszę”!
Wielkim, serc polskich zacnym pocieszeniu,
Marzeń mych dawnych radosnym spełnieniu.
Tak Wam zazdroszczę; jurto znów się wzruszę.
Wciąż witam mężczyzn sukcesy z radością,
Wybaczcie, wolę gdy dziewczyny grają,
Urody tyle, smukłe nimfy mają.
Mecz z ich udziałem słodką przyjemnością.
Z Kuby pomocą, czeka nas powtórka.
Paniom też życzę do mistrzostw awansu,
Rodakom moim uroczego transu,
Gdy Dąbrowskiego usłyszą Mazurka.
Vivat siatkówka! Vivat każda żona!
Tych dwojga, żadna siła nie pokona.
W oknie
Śnieg dziś przesłonił widok w moim oknie,
Białym barankiem szybę przyozdobił,
Pocieszające – przynajmniej nie moknie,
Wyrzutów żadnych nie będę mu robił.
Z przyzwyczajenia, rano chciałem spojrzeć
Na Biebrzę, co się w łąkach znowu skrywa.
Codziennie nowy pragnę urok dojrzeć,
Tylko kobieta, taka zmienna bywa.
Wystarczy okno z barankiem otworzyć,
Wpuścić do domu małą porcję chłodu,
Pejzaż, słonecznym blaskiem zdążył ożyć.
Wyglądać będę pięknego zachodu.
Słońce, dzień kończąc znowu ze spokojem,
Może przywoła sonet – barwnym strojem?
Wiosna nad Biebrzą
Dwa dni deszczowe, rzeka znów się srebrzy,
Zmęczone gęsi zmoczyć pragną czoła.
Odlecą rano, zew natury woła.
Sceny zmiennością kusi, urok Biebrzy.
Głośne żurawie gody odbywają;
Taktem, wciąż wrzeszcząc, z pewnością nie grzeszą,
Gdy siwe pióra dziobami uczeszą,
Swych serc wybranek z nadzieją czekają.
Wciąż dolatują, co dzień, głośno krzyczą,
Odkąd jesienią z bagnem się rozstały,
Długie miesiące, mężów nie widziały;
Udanych partii, matki córkom życzą.
Wiosenne ptaki nad wodą się tłoczą,
Wszyscy „Biebrznięci” nogi w Biebrzy moczą.
Zapukam
Okno – ponure. Duszy – nie do śmiechu.
Wielkie łzy płyną po szybie – procesją,
Choć wiosennego czuć powiew oddechu,
Nie łatwo myślom toczyć bój z depresją.
Nie pomógł zastęp pączków w tłusty czwartek,
Armia faworków nie wzbudziła szału,
Gdyby choć wiersze, zamiast nagich kartek…
Pociechy skąpi koniec karnawału.
Wyglądam wiosny – z nią, wrócą nadzieje;
Zimowy urlop zakończą skowronki,
Słońce, uczucia zmarznięte rozgrzeje,
Wierzby już budzą wypoczęte pąki.
Ogród odwiedzę: radości poszukam,
Jeża obudzę, w jodły pień zapukam.
Życie, to próba?
Życie nie prosi wieczności do tanga,
Mrzonką jedynie, miły pląs – bez końca.
Próśb, nieistotna skala, modlitw ranga,
Nie wygra sprawy najlepszy obrońca.
Kto powie śmierci: Witaj przyjacielu.
Życie to próba? „Wieczny sen” nagrodą?
Dlaczego wieczność trwoży wciąż tak wielu?
Dusze wierzące ciągle wybrać mogą.
Życie jest piękne. Wprawdzie wieczność kusi,
Nikt się nie śpieszy, rychły zgon wyklucza,
I nie, dlatego, że grzech wyznać musi,
O więcej błaga dola, nawet krucza.
W wieczność nie wierzę ni jawnie, ni skrycie,
Daj się nacieszyć, skoroś chwilą – życie!
Biebrza w Dolistowie
Czy poznaliście wodny świat nad Biebrzą?
Nie? Więc przeproście swoje złote klatki.
Gdy w Dolistowie jej wody się srebrzą,
Bocian w Libanie pakuje manatki.
Rzeka rozlała swe leniwe wody
Bo się w meandrach swych licznych nie mieści.
Szkody nie czyni, mokry cud przyrody
Od lat tysięcy wodą życie pieści.
Tu bataliony szukają wybranki,
Dom odnalazły chronione wodniczki,
Żurawiom śnią się nad Biebrzą poranki,
Szmat drogi lecą, nawet bez zaliczki.
One trafiły, Wy też odnajdziecie
Jedyne takie bagno na tym świecie.
Biebrzanie
Chociaż zmęczeni, czasu… nie za dużo,
Chociaż przejęci swymi rodzinami,
Z pieśnią na ustach Dolistowu służą
Wspaniałe Babki z dwoma Rodzynkami.
Chętnie bym wspomógł miłe towarzystwo;
Owoców nie chcę popsuć Waszej pracy,
Do śpiewu u mnie talentu ubóstwo.
Cóż? Nie we wszystkim ludzie są jednacy.
Śpiewajcie zatem! Nas, Wasz zapał cieszy.
Ja pisać wolę o chórze sonety,
Bo lepiej, kiedy chęć skromnością grzeszy,
Skoro dorównać nie może – niestety.
Może Wam kiedyś napiszę piosenkę,
Zasłużyliście na moją podziękę.
Biuro, po święcie
A, w biurze – cisza. Pierwszy dzień po święcie,
Jeszcze się tworzą świeże dokumenty,
Wprawdzie to wtorek, jeden dzień w prezencie,
Choć z opóźnieniem, tydzień rozpoczęty.
Niemrawo, wraca rutyna biurowa,
Drukarka jeszcze nic nie drukowała,
Senna, lecz przecież do pracy gotowa,
Z pustą pamięcią, czeka, jak czekała.
Koło południa napłyną wytyczne,
Pierwsze decyzje, nowe zalecenia,
Komunikaty, sprawozdania liczne,
Kropli kapanie w potok się zamienia.
Gdy urzędnikom dni wolne smakują,
Świąteczne przerwy, rytuały psują.
Dziękuję, Mistrzu Janie
W liceum polubiłem perły z Czarnolasu,
Orszuli opłakanie milion współczuć rodzi;
Nikt, nigdy się nie dowie, nie pozna zawczasu,
Czym życie go zaskoczy, wesprze, czy zaszkodzi,
Co jeszcze w duszy drzemie, co w głowie się kłębi,
Na papier, co przeleje, co rymem ozdobi,
Tajemnic, ile pozna, prawd najświętszych zgłębi,
Choć wiele już doświadczył, do snu się sposobi.
Jeszcze wczoraj bym odrzekł: tyle słów na próżno,
Rymować nie mam chęci, nie jestem zbyt czuły.
Nie wiem, czemu w ogóle, dlaczego tak późno
Dopadła mnie poezja, muzy plan uknuły.
To ziarno, przed pół wiekiem przypadkiem zasiane
Dopiero dziś owocem, Zacny Mistrzu Janie.
Gody
Ptaki wyraźnie do godów gotowe,
Skowronki, dźwięczne trele nastroiły,
Remizy, gniazda nowe będą wiły
Pary żurawi dawno są po słowie.
Batalion stroszy kryzę z dużą tremą:
Czy się spodoba smukłej batalionce?
Choć ranki chłodne, uczucia gorące;
Oczy raduję Biebrzańską Bohemą.
Niedługo zjawią się na wierzbie dudki,
Pierwsze jaskółki gonić zaczną muchy,
Przepiórka w gnieździe doda mi otuchy,
Szkoda że wiosny urok taki krótki.
Za chwilę drzewa widoki przesłonią
Tygodnie, wiosną nazbyt szybko gonią.
Protest
Przejść obojętnie obok nie potrafi…
Nie po to oczom blasku wdzięk dostarcza,
Galopu, sercu memu nie wystarcza,
Bym, Pięknu nie mógł zrobić fotografii.
Najnowsze prawo, choć od przekleństw stronię,
Zwyczajnie wkurza. By urok utrwalić,
Zapytać muszę – jak się mam nie żalić –
Piękną, o zgodę, zanim się jej skłonię,
Wiec protestuję! To niesprawiedliwe,
Trzeba to zmienić, ustalić wyjątki,
Spod RODO zwolnić najpiękniejsze wątki,
I to najszybciej, jak to jest możliwe,
Bo choć codziennie piękno wokół widzę,
Dla mnie zbyt rzadko – a pytać, się wstydzę.
Smutek
Wiosenny zapał nowe liście rodzi,
Słoneczny uśmiech nadzieje rozgrzewa,
Nowym się płotem uprzedzenie grodzi,
Bo żal sam z sobą się najlepiej miewa.
Skoro się starych lęków nie wyzbyło,
Szalonych kroków niepewność zabrania,
Pragnieniom, marzeń rolę powierzyło;
Schodów, zbyt wiele ma do pokonania.
Solo, choć zmysły maj urodą mami,
Cichą alejką smutek się przechadza,
Obawy, męczą pytań tysiącami,
Tylko samotność z nim się zawsze zgadza.
Obok, parami radość spaceruje;
Sonet, choć stary, zrozumieć próbuje.
To ja! Wiosna.
Halo! Już jestem! Miło mi niezmiernie,
Że w Waszych oczach zagościła radość.
Nic w tym dziwnego, czynię przecież zadość
Pragnieniom Waszym – służyć pragnę wiernie.
Cała przyjemność dziś po mojej stronie,
To bardzo miłe czule być witaną,
Bo choć od dawna jestem wszystkim znaną
Wcale nie srebrem błyszczą moje skronie.
Barwa i zapach moją są domeną,
Więc zadowolę wszech wybredne gusty.
Szczęka opada, unoszą się biusty:
Starszym odważnie, młodszym z lekką tremą.
Działam na wszystkich, od płci niezależnie,
W serca zaglądam głęboko – bezbrzeżnie.
Wielkanoc
Wczoraj …Czwartek, dziś …Piątek, i Wielka Sobota
Drogę znaczą wielkiego, w męczarniach cierpienia,
Czas zadumy, pokuty, duszy oczyszczenia,
Czeka znowu Chrystusa, pusta jeszcze grota.
Wraz z niedzielą, nadzieję każdy chrzest przywita,
Z rozgrzeszeniem powraca światło zmartwychwstania,
Wszystkim wiernym nagrodzi codzienne zmagania
Obietnicą wieczności; prawda znów odkryta.
Większego z krzyżem święta nie zna ludzka cnota,
Przed Boskim poświęceniem wiary kwiat się kłania:
Najwyższa władza, żebrak, łotr i dobra niania;
Do wszystkich, życia wyzwań powraca ochota,
Bo, ludziom oprócz tlenu, wody, kromki chleba,
Dla trudów pokonania, nadziei potrzeba.
Wiosenna tęsknota.
Stęskniony wiosny szukałem wybiegów:
Źdźbeł traw ogrzanych uśmiechami słonka.
Pierwszych krokusów, białych przebiśniegów,
Żurawi krzyku i treli skowronka.
Noce wciąż zimne, mokry śnieg poprószy
Już szyby w oknach żądają umycia,
Wiosny oznaki pieszczą wzrok i uszy,
Ciepła pragnieniom, odrodzeniu życia.
Znalazłem powód do zadowolenia
Podczas podróży, lub raczej przejażdżki.
Na skraju lasu spełnione marzenia:
Różne zawilce, urocze przylaszczki.
Zwiastunki, wiośnie głośny sygnał dały,
Niebem barwione hymn swój odśpiewały.
Wiosna!!!
Bocian cierpliwość moją wynagrodził.
Kwiecień od jutra, gniazdo czas odświeżyć.
Na dzień spóźnienia, pewnie bym się zgodził,
Żeby na dłużej… trudno mi uwierzyć.
Nie sposób dzisiaj zdążyć za przyrodą,
We wszystkich sesjach chciałbym uczestniczyć,
Po marcu kwiecień, jawi się nagrodą,
Na barwną fiestę oczy mogą liczyć.
To, Pendolino uroczych widoków
Nie daje czasu, na chwile refleksji,
Wiosna codziennie robi milion kroków,
W swojej zmienności doszła do perfekcji.
Któż nie uwielbia wiosny wszystkich wcieleń?
Kogo po zimie nie zachwyci zieleń?
Zbyt...
Zbyt wiele uszu prawdy nieciekawych,
Zbyt wiele pragnień obłudy nie widzi,
Zbyt wielu ludzi za Polskę się wstydzi,
Zbyt dużo, wrednym słowom, dusz łaskawych.
Zbyt wielu drapie świeże jeszcze blizny.
Zbyt duży ciężar na zbyt chudych nogach,
Zbyt mało ziarna w zbyt wysokich stogach.
Zbyt mało troski o dobro Ojczyzny.
Zbyt łatwo zyskać za zło rozgrzeszenie.
Zbyt mało woli, fałszu zrozumienia,
Zbyt mało kary dla cnót poniżenia.
Zbyt niska cena za brudne sumienie.
Tak bardzo chce się żyć w normalnym kraju,
Gdzie Zacny Człowiek nie zna dróg rozstaju.
Barwy wiosny
Już jest! Radosna, woła pełnym głosem,
Przybyła z miłym ciepłem znad Afryki.
Kwiaty magnolii pozwierały szyki
Ze znanym wszystkim od wieków patosem.
Barwy, w pamięci ślady odnajdują,
Wiosna się kocha najbardziej w zieleniach,
We wszystkich znanych naturze odcieniach;
Już tulipany zmysły molestują.
Już się zakończył zimy wyrok mroczny,
Kwiaty jabłoni sady wnet okraszą,
Już tylko zimni ogrodnicy straszą,
Niepokój zawsze jest dalekowzroczny.
Nawet alergik, co pyłkami kicha,
Wiosną, swym oczom kieszenie rozpycha.
Bo…
Cieszą mnie wiosny liczne niespodzianki:
Bo dzień już dłuższy, bo tańczą skowronki,
Bo zielenieją nadbiebrzańskie łąki,
Bo barwna, niczym sukienka cyganki.
Bo słońce wcześniej otwiera powieki,
Starej tęsknocie nadzieja zaświta,
Że dziś, być może, szczęście swe przywita,
A siwa broda zasłoni wypieki.
Wiosna w ogrodzie – w sercu ogrodnika,
Kończy ponurą zimową depresję,
Na miłość przecież dostała koncesję,
Kres jej wyznaczy złoty ślad pełnika.
Wiosnę uwielbiam, świat się do niej śmieje,
Bo zawsze nowe przynosi nadzieje.
Deszcz w maju
Deszcz w maju śni się niczym milion w Totka,
Pragną go pola, wzywają ogrody,
Do żalu mają istotne powody,
Ponoć ma padać. Czy to tylko plotka?
Przyjdź jak najszybciej, bo Biebrza wysycha,
Bóbr łzy wylewa – przecież tak nie można.
Wcale nie cieszy prognoza ostrożna,
Bez wody, bieda – czapla ciężko wzdycha.
Łąki, choć kwitną, też się niepokoją:
Tragicznie nie jest, ale czas ucieka,
Wody mi braknie, w lipcu – płacze rzeka –
Co będzie latem z całą trzodą moją?
Jej los, mi bliski, ode mnie zależy,
Kto własną przyszłość za rok mi powierzy?
Dudek
Dudek z kukułką, pewnie się zmówiły,
Od rana, wredne, nie wiem na co liczą,
Wyrozumiałość moją nieustannie ćwiczą,
Jak gdyby z ludzkich potrzeb sobie kpiły.
Noc mi wciąż kradną, bo to ranne ptaszki,
Ledwie świt blady, a one pracują,
Skromnym „du du du” wciąż się nawołują,
Z szafy wyjęły piękne fatałaszki.
Dopiero w czerwcu zakończą występy,
Kiedy się słowik koncertem pochwali,
Przy nim się wszyscy robią tacy mali,
Gościom sprzedawać będą karty wstępu.
Gdy gołąb z sową huczą do kompletu,
Lepszego nie ma w ogrodzie kupletu.
Dududu
Niełatwo podejrzeć dudka.
Na foto... dudek nie łasy,
Mimo, że nie brak mu klasy
Na nic się zdała pobudka.
Co rano słyszę jak 'dudzi',
Dudkę do dziupli zaprasza:
„Jestem już gotów” – ogłasza.
Depesza go raczej nie nudzi.
Choć jasiek policzek pieści,
Choć budzę się niedospany,
On nie usłyszy: O! Rany...!
To lepsze, niż z radia wieści.
„Dududu” słysząc ‘dudkowe’,
Rozumiem czułą rozmowę.
Dylemat
Dylemat – korzyść, czy wsparcie w udręce?
Nie po to człowiek paletę cnót dostał:
Inteligencję, i dla słabszych „serce”,
By jedną cnotą – drugą, jak zło chłostał.
„Sercem” władają wielcy, i rozumem.
Tych dwoje wiernie, nawzajem się chroni.
Kłamał nie będę – nie chcę, już nie umiem,
Niech mnie tłumaczy srebro mojej skroni.
Smutkiem zaraża, obraz czarno biały,
Mnogość odcieni, los życiu funduje,
Dzięki różności świat jest doskonały;
„Serce” rozumie, a rozum współczuje.
Wszechrzeczą, rządzą zjawiska do pary;
Nie ma na wszystko jednej tylko miary.
Dzielny naród
Nic nam, Polakom lepiej nie wychodzi,
Jak dzielna walka po stracie wolności,
By w dniu następnym, zamiast żyć w godności,
Znów wolność tracić wśród kłótni powodzi.
Kiedy nas sąsiad z majątku ograbi,
Wytnie nam wszystkie najpiękniejsze drzewa,
Za jakie grzechy opatrzność się gniewa,
Jaka zła siła złym urokiem wabi?
Być może słowa rażą swym patosem –
„Marsz, marsz Dąbrowski”, w wielkiej tajemnicy
Kłótliwi będą śpiewać politycy,
W podziemiu znowu, i ściszonym głosem,
Lub, zanim zjedzą niedzielne śniadanie:
„Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie”.
Koniec maja
Okno powieki szeroko otwiera.
Maj, umajony spotyka się z czerwcem,
Zieleń wybucha odcieni tysiącem,
Wśród pól się radość moja poniewiera.
W przydrożnych rowach, istna rewia bieli,
Zaskoczy jastrun, wśród wysokiej trawy.
Wiosna uroczej nie żałuje strawy,
Jeszcze śliczniejsza Polska po kąpieli.
Dziś po raz pierwszy dostrzegłem łubiny,
Rok nie widziałem błękitnych bukietów,
By to opisać nie starczy poetów;
Najlepiej spojrzeć oczyma dziewczyny.
Wspaniała pora – wiosna, na całego,
Pięknego kraju – Białoczerwonego.
Łza
Najdroższa! Myślisz o mnie czasem?
W mej niepewności łatwiej mi trwać będzie
Po cichu tęsknić, gdzieś w ostatnim rzędzie,
Z nadzieją, choćby śpiącą gdzieś pod lasem.
Ja się nie skarżę, nawet nie narzekam,
Już pewnie jestem wzorem cierpliwości
Nikt nie dostrzeże we mnie cienia złości,
Nie zauważy nawet, że na Ciebie czekam.
Lepsza nadzieja, nawet najdrobniejsza,
Dużą podszyta dozą niepewności,
Niż ostatecznej odmowy przykrości.
Choć ma tęsknota taka niedzisiejsza,
A ucho Twoje wyznań mych nie łaknie,
Może Ci kiedyś mojej łzy zabraknie?
Niejeden
Niejeden sonet pośród kwiatów broił…
I, z wzajemnością wiernie sobie służą.
Późnym wieczorem, znużonym podróżą
Udany duet rymem sny nastroił.
Wielu zmęczeniom blogi prysznic sprawił,
Splątane myśli nie raz wyprostował,
Zbolałą duszę słowem wymasował,
Wszystkie mdłe dania do smaku doprawił.
Niejeden, dawne wspomnienia ożywił,
Przybladłe barwy przywrócił pamięci,
W niejednym nosie zapachem zakręcił,
Niejedno czoło – że zbyt krótko – skrzywił.
W tym również urok każdego sonetu,
Że nie przytłacza rozmiarem portretu.
Po sukcesie
Uwierzyć trudno, nie wyśniłem
Tego, co właśnie się zdarzyło.
Serce me w sukces nie wierzyło,
Ja nawet marzeń nie spełniłem.
Bo jak ma marzyć o nagrodach
Człowiek z prowincji, mol nieznany?
Nie przewidziałem ról odmiany,
Zwłaszcza, że nie znam się na modach.
Ja w rymach kąpać chcę sonety,
Sylaby mantra rytm wyznacza.
Choćbym miał poznać trud tułacza,
Tradycja rządzi mną – niestety.
Wprawdzie doceniam to, co nowe,
Me wiersze, jeszcze nie gotowe.
Póki nie powiesz…
Najdroższa! Czemu mym ustom nie wierzysz?
Jak mam przekonać Cię do moich marzeń?
Może na chwilkę myśli me przymierzysz,
Spróbujesz, przyszłych, porcyjkę wydarzeń.
Będę Twym oczom bez przerwy dokuczał,
Wszystkie, się myśli wciąż z Twoimi plączą
Z żadną się szansą nie będę wykłócał
Póki się losy nasze nie połączą.
Nie ma nadziei, którą bym porzucił,
Każdą przeszkodę zdołam przezwyciężyć,
Każdą melodię z Tobą bym zanucił,
Każdy mój mięsień chcę dla Ciebie prężyć,
Póki nie powiesz: Ciebie nie pokocham!
Za innym tęsknię, za nim stale szlocham.
Przeklinam...
Jeszcze przedwczoraj taka uśmiechnięta,
Uroczym kwiatem tyle ócz pieściła.
Dziś smutny widok – płacze mrozem ścięta;
Dlaczego bestia znów nas odwiedziła?
Nie wiem, czy chciała magnolię podziwiać,
Czy mróz wysłała, w zazdrosnym mniemaniu,
Że się przed zimą próbowała skrywać,
Wiedząc, że temu nie sprosta wyzwaniu.
Dobrze, że zdjęcia już zdążyłem zrobić.
Zamiast wypełniać okno brudną złością,
Ekran laptopa mego będzie zdobić;
Zimę przeklinam! Niech jej stanie... kością!
Wybaczyć trudno – tak już w życiu bywa,
Że piękno kusi, a zazdrość jest chciwa.
Rymy
Wiersze, raz płyną, a raz, jak po grudzie...
By bessę przetrwać potrzebna moc wróża,
Powierzyć trudno szczęście dziwnej złudzie?
Rymie samotny, lepiej mnie nie wkurzaj!
Nie wiem, czy znajdziesz jaźń równie upartą;
Czekać potrafię, i z tobą poradzę!
Zdołam odnaleźć frazę pary wartą,
Gdy trzeba, zbudzę w sobie kamikadze,
Więc nie utrudniaj, ze mną się nie spieraj,
Czekaj cierpliwie, nie bądź taki prędki,
Gdy nie pasujesz, czasu nie zabieraj!
Sonet bez rymu... traci wszelkie wdzięki.
Poezja, wiele myśli w pary łączy:
Czasem potokiem... a czasem się sączy.
Szybka miłość
Święto, niedziela, wiosna wdziękiem nęci:
Pokochał plemnik urocze jajeczko,
Lecz nim się wkradnie odpocząć chciał deczko,
Szczęśliwą chwilę zapisać w pamięci.
Długo mam czekać dowodu miłości?
Popatrz! W kolejce wiercą się miliardy.
O! Ten po prawej, przystojny i hardy,
Nie czeka, pędzi, więcej w nim pewności.
Przestań się gapić! Bierz się do roboty.
Fakt. Szybki jesteś, jak dotąd prowadzisz,
Jeszcze formalność, że nigdy nie zdradzisz,
Nie myśl, że będę czekać do soboty.
Choć byłeś pierwszy, nie zaniedbuj sprawy,
Życie nie czeka, polegnie niemrawy.
Zima – na Syberię
Ja się już z zimą spierać nie zamierzam!
Wiecznie zazdrosna, wiosny nienawidzi,
Swych złych uczynków nigdy się nie wstydzi?
Chętnie biegunom ją za grosze sprzedam!
Mrozem zwarzyła wiosenne oblicze.
Cale Podlasie siarczyście przeklina,
Na nic chuchanie, skromna otulina;
Ja jej wszystkiego najgorszego życzę:
By los ją ubrał w najlichszą liberię,
By kłów jej większość na zawsze wypadła,
By drogi do nas nigdy już nie zgadła,
Żeby mroziła północną Syberię,
By białym tylko niedźwiedziom służyła,
By z naszej wiosny już nigdy nie kpiła.
Żyć pragnę...
Żyć pragnę jak najdłużej, jednakże z umiarem.
Dopóki mym najbliższym jeszcze pomóc zdołam,
Na tamten świat niechętnie taksówkę zawołam,
Ten całkiem mi wystarcza, zachwyca swym gwarem.
Pejzaże, jest tak trudno porzucić znajome,
I ogród, co przez lata wyrósł na ugorze.
Uroki opisane w pięknych słów utworze...
Cóż począć, kiedy górki robią się zbyt strome?
Starości w łóżku nie chcę – wolałbym na dworze...
Nie wiosną, gdy się zieleń łokciami rozpycha,
Gdy serce zakochane do drugiego wzdycha,
Gdy świat się cieszy cały: bo lubi – bo może.
W proch zanim się obrócę, wszak powstałem z prochu,
Przed zimą chcę się życiem nacieszyć po trochu.
Jak to się skończy?
Jak to się skończy? Czego się spodziewać?
…Gdy już nam Polskę do końca naprawią,
Znów za wolnością łzy przyjdzie wylewać?
Tylko, czy oczu żal i sól nie strawią?
Niech czarne – czarnym, białe – białym będzie,
Skróty zbyt często wiodą na manowce,
Dzielenie ludzi źle się kończy wszędzie,
Wilcza to gratka – pokłócone owce.
…Bo naród, który historii nie słucha,
Na wrogów działa jak płachta na byka,
Nie znajdzie do swych dziwnych starań druha,
Z protezą kozioł długo nie pobryka.
Jak nazwać można kuracji sposoby,
Kiedy lekarstwo gorsze o choroby?
Po raz kolejny
Po raz kolejny wybaczcie mi proszę,
Że wciąż, z niezwykłym uporem maniaka,
Na cześć prześlicznej me peany wznoszę,
Niech słowa przestrzeń tną jak skrzydła ptaka.
Lilia, niezmiennie, zmysły me uwodzi,
Jak cala, zresztą, wokół mnie przyroda,
Przy niej Panowie czują, że są młodzi.
A Panie wierzą, że dla nich pogoda...
Smuci mnie każdy, kto się wyzbył pragnień,
Kto myśli wszystkie kieruje w zaświaty
Jakby już zasnął, nie wart snów ponagleń,
Nie jemu…, życia gorące tematy.
W lilii się wielkim zakochałem geście,
Dla niej żyć mogę wiosen choćby dwieście.
Poeta
Poeta wierszem opowiada,
Uwielbia bawić się słowami,
Co w życiu ważne, podpowiada,
Był, jest i będzie między nami.
Na co nie spojrzy wszędzie temat…,
Czysty, cnót wszelkich obraz sławi,
Czasem słów starczy na poemat,
A czasem krótko… się rozprawi.
Płcie obie w zachwyt wprawić umie,
Sto łez wyciśnie, lub rozbawi,
Słowa odnajdzie nawet w tłumie.
Z podłością każdą się rozprawi,
Każdemu pięknu się pokłoni,
Za grzeszną myślą czasem goni.
Umiar – konieczny!
Lilia – przepiękna ekshibicjonistka,
Wdzięków swych licznych zazwyczaj nie skrywa,
Strojem wykwintnym cały świat porywa
Raj obiecuje, niezwykła artystka.
Można jej kilka postawić zarzutów,
Ale nie tego, że nadmiernie skromna,
Z pewnością żadna nie będzie bezdomna,
Śliczna przyczyna zagłady mamutów.
Każdy chciał lilię zerwać jako pierwszy
Więc się bezmyślnie wzajem tratowały,
Szybkie – w amoku, ze skał pospadały,
W wąski się przesmyk klinem wbił – najszerszy.
Niezwykły urok bywa niebezpieczny,
Nawet cnotliwy, nawet taki, grzeczny.
Widziałem Dudka
Do tej pory go słyszałem.
Dziś ujawnił się, na płocie;
Czarne pasy w lśniącym złocie,
Wreszcie z „dudu” – frajdę miałem.
Bo choć z dudka żartowałem,
Że mnie drażnią czcze zaloty,
Nagły widok tej istoty
Sprawił, że mu laur przyznałem.
Wspólnie z boćkiem i kukułką,
W towarzystwie wścibskiej sroki,
Wiosna czyni wielkie kroki;
Cenię biznes z taką spółką.
Wielkie dzięki! Z czubkiem dudku,
‘Dududź’ sobie tak – do skutku.
Zimowy wiersz
Niesamowite. Zima czyta wiersze.
Wczorajszym nawet chyba się przejęła
I do roboty zimowej się wzięła.
Spotkało mnie to, wierzcie, po rzaz pierwszy.
Jakoś przyjemniej wokół się zrobiło,
Łąki nad Biebrzą utonęły w bieli.
Bośmy nadziei wielkiej już nie mieli,
O białej zimie nawet się nie śniło.
Wiem. Tego śniegu starczy nie na długo,
Nie rozpieszczają lutego prognozy.
Saniom już dawno zardzewiały płozy,
Popłynie urok wzdłuż ulicy strugą.
Wierzę, że zima wiersze polubiła
Bo zawstydzona śniegiem wstyd okryła.
Dlaczego…
Dlaczego Moiry świata już nie chronią?
Chwilowa niemoc? Chore? Czy oślepły?
Jest ich zbyt mało? – Ziemian tak przybyło –
Za Apollinem zajęte pogonią?
Co by nie było zaniedbań przyczyną,
W niespotykanej nigdy dotąd skali,
Ziemia, bez troski, zwyczajnie się pali;
Okres dostatku bezpowrotnie minął.
Australia płonie, Amazonia płacze,
Arktyka znika, Europa się dusi
Azja zbyt ludna… coś z tym począć musi,
Afryka topi dusze swe tułacze.
O pomoc prosi, a Moiry ogłuchły,
Od płaczu oczy ludziom już popuchły.
Potęga modlitwy
Pomóż mi ojcze! Okraść chcę sąsiada,
Bo on bogaty, a mnie wciąż brakuje.
Modlić się, synu, o to nie wypada,
Nawet, gdy Bóg ci serdecznie współczuje.
Jest jednak sposób by cię zadowolić,
Na PiS zagłosuj, on ci w tym pomoże,
Potrafi wszystkie białe owce golić,
By czarnym rozdać, gdy służą w pokorze,
A niepokorne, te sortu drugiego
Niech sczezną, razem ze swą pychą!
Na nic pytania: Jak można? Dlaczego?
To PiS zarządza kaszy pełna michą.
Na nic się nie zda rozum, ani waga;
Choć drogą krętą, modlitwa pomaga.
Powiedz…
wiedz, najmilsza, kiedy Cię zobaczę?
Brąz Twoich oczu, zapomnieć najtrudniej.
Facetem jestem, więc bez łzy zapłaczę,
Nadziei pragnę prawdziwej, nie złudnej.
Zbyt długo każesz słodycz Swą wspominać.
Apetyt, wyspać mi się nie pozwala,
W snach, nie przestaję się na szczyty wspinać
Rozkoszy, która pragnienia powala.
Uroczych spotkań wiecznie mi za mało.
Uwierz! Pragnienia moje tylko Ty ugasisz,
Dlatego czekam, bo cóż mi zostało?
Adres znasz dobrze, więc bez trudu trafisz.
Wierzę, że skoro tylko się spotkamy
Rozkoszy bezmiar wzajemnej poznamy.
Los się zaśmieje
Gdzie los poniesie? – Nikt zawczasu nie wie.
Życie się plecie z przypadków i woli…
Nic to, że – Odejdź! – powiesz dzisiaj w gniewie
Bo może miłość odejść nie pozwoli.
Bo jeszcze liczy, że los się odmieni,
Bo zna zaklęcie, mgłą lęki zasnuje,
Może starania opatrzność doceni,
Skoro, z nadzieją, raz jeszcze spróbuje.
Tak trudno z myślą się pogodzić gorzką,
Że tak się nie da… Gdy sposobem trzeba,
Miłość od rana złotą kusić broszką,
Kolanem dopiąć dziwną wizję nieba.
Setne wspomnienie łzami się zaleje…
Los się zwyczajnie z tych starań zaśmieje.
Świerk
Na wielkim głazie - jeszcze trwam w zdumieniu -
Świerk dziwnie przysiadł, w swej drodze ku słońcu.
Co może wiedzieć człowiek o cierpieniu,
Przez które przeszedł, by zwyciężyć w końcu?
Znojem, los usłał drogę do przebycia,
Na moc fortuny musiał przy tym liczyć,
By przez wiek świadczyć, o wartości życia;
Przecież też nie mógł trudnych chwil przećwiczyć.
Wdzięczny mu jestem, stał się mym idolem,
Wolą przetrwania dodaje otuchy,
To dzielne drzewo, od dziś jest mi wzorem,
Na przeciwności będę odtąd głuchy.
Kiedy zwątpienie wielkim okiem zerka,
Warto przywołać obraz tego świerka.
W Łososinie
Skoro w „Rożnowie” zamoczyłeś nogi,
Kąpiel zbyt zimna, szepcze głos życzliwy,
Popatrz, jak pięknie zakwitają śliwy,
Jabłonie gości zapraszają w progi.
Nawet, gdy śliwek serdecznie nie lubisz,
Spójrz na beskidzki sad pachnący wiosną,
Głodnych pszczół dźwięczną, sielankę radosną;
We wszystkich wątkach jabłoni się zgubisz.
Już z własnej woli oczu nie oderwiesz,
Zawołasz głośno: Mało! Więcej chciałbym!
Za nową porcję miesiąc życia dałbym;
Jesienne jabłko, własną ręką zerwiesz,
Niechęć do śliwek może kiedyś minie,
Szczególnie tych, dojrzałych w Łososinie.
Firanki
Kto dzisiaj w nocy tak się napracował?
Nie pytam wcale Pana, ani Pana…
Pająk was wszystkich rzucił na kolana,
On do nagrody będzie się szykował.
Tyle firanek wokół narozwieszał,
By mgłę łapały swoim pięknym splotem.
Ile to razy biegł tam i z powrotem?
Kto by solidniej rano w oczach mieszał.
Bo nawet dalie z niemałą zazdrością
Patrzą na prządek nadzwyczajne cuda.
Czy jakiejś Pani taki cud się uda?
Niemałą musi cieszyć się zdolnością.
Niejedno piękno nici snuć potrafi,
Każde, na listę ludzkich pragnień trafi.
Jeszcze lato
Słońce się stara przygrzewając ostro…
W dobrych życzeniach wykąpane Anki,
Wiec już zapewne, nie zwlekając długo,
Zaczną się zimne wieczory i ranki.
Skoro się pole łanu zbóż pozbyło,
Znak, że się jesień do Polski wybiera,
Jeszcze nie teraz – wrześniowi się śniło,
Że już niedługo lato sponiewiera.
Złotem się wszystkie opatulą drzewa
Nim je listopad zmrozi i rozwieje…
Sierpień się jeszcze tego nie spodziewa,
Jeszcze beztrosko podgrzewa nadzieje,
I chociaż zima jeszcze gdzieś… daleko,
Wieczór przynosi orzeźwienia deko.
Mitręga
Życie – odwieczna z pogodą mitręga,
Nieważne: pada, mróz, czy upał skwarzy
W ciszy upływa, czy bez przerwy gwarzy,
Raz nos zalewa, raz do kostek sięga…
Pracą, bez przerwy zajętych, hołubi,
Im wciąż smakuje, czasem tylko, nudzi,
I choć nadzieją karmi wszystkich ludzi,
Jedno jest pewne – zegarka nie zgubi.
Niektórzy sądzą, że im się poszczęści,
Że, gdy roztrwonią, jedno krótkie życie,
Dostaną drugie, bo jawnie, czy skrycie,
Wierzą, że każde z dwóch się składa części.
Szczerze, poglądów takich nie podzielam,
Ale i nazbyt się z nimi nie spieram.
Moje niebo
Przez chwilę nawet nie byłem po słowie
Ja się w nim przecież nawet nie rodziłem,
Pod jego niebem marzenie spełniłem,
Sto świeczek chętnie zdmuchnę w Dolistowie.
Wśród drzew opieki, biały dom z widokiem,
Który dech w piersi urokiem zapiera;
Chwil źle przeżytych, pamięć się zaciera,
Pod kwiatów licznych niezwykłym urokiem.
Z radością witam wspólnych dni detale,
Zwłaszcza, gdy gniazdo odwiedzają dzieci.
Tylko dlaczego czas tak szybko leci?
Pędziwiatr jakiś, w nieprzekupnym szale.
Niech się nie spieszy, nie warczy, nie knuje;
Sił i nadziei trochę potrzebuję.
Nie czyń drugiemu…
„Nie czyń drugiemu, co tobie niemiłe”;
Więc sugerujesz, że cudze radości
Bliźnim zapewnią, dobrej aury chwile,
Że w nich nie wzbudzą zwyczajnej zazdrości?
Wybacz Etyko, z tym się nie chcę zgodzić,
Znanej zasady, nową przyjmij wersję;
Obcym wyborem, ludziom chcesz dogodzić?
Do tej maksymy czuję wręcz awersję,
Więc proponuję myśl nieco odświeżyć:
NIE CZYŃ DRUGIEMU, CO NIEMIŁE JEMU,
Brzmi znacznie lepiej, zechciej mi uwierzyć.
Twej nie mam zgody? Wybacz. Nie wiem, czemu.
Sam chcę wybierać własne przyjemności,
Ludzie, niech innym nie robią przykrości.
Och! Miłość.
Ciemniejsze chmury po niebie się toczą,
Stado wrzosówek na błękitnej łące,
Jeszcze wspomnienia przyjemnie łaskoczą;
Cieniutkie dymki, z popiołu się tlące.
Och! Wiecznie trwałbym w objęciach hipnozy,
Gdyby nie słodycz czułego dotyku,
Z nadzieją walczą niepewne prognozy,
I wątpliwości, których mam bez liku.
Odnajdą drogę moje czułe słowa?
Czy jej pragnienia z moimi jednakie?
Czy, kiedy spytam – czeka mnie odmowa.
Chmurom powierzam pełne zaklęć prośby;
Więc mnie czekają dni już byle jakie?
„Może być różnie!” Niebo zsyła groźby.
Skryta miłość
Nie wiem dlaczego jest taka uparta.
Zawsze, rok cały, każe siebie czekać.
Ja nie przestanę do śmierci narzekać,
Powtarzać będę niczym płyta zdarta.
Bo dwa tygodnie to dla mnie za mało
W tak krótkim czasie pamięć się nie naje.
Urody skąpi? Nadziei nie daje,
Więc co mi jeszcze staremu zostało?
Gdy własne zęby wszystkie jeszcze miałem,
Też, na momencik wdzięku użyczała,
Do zdjęć, na szczęście, chętnie pozowała,
Zimą ją zawsze miło wspomniałem.
Spytacie: kto, to? Co to za dzierlatka?
To lilia drobna, skryta miłość dziadka.
Słowa
Słowa – kłosami z pszenicznego łanu,
Radują każdy dożynkowy wieniec,
Wody kroplami z podniebnego kranu,
Na które czeka spragniony kaczeniec.
Osamotnione, wiele nie potrafią,
I w towarzystwie, gdy się tylko swarzą,
Choćby z kulturą, w zgodzie z ortografią,
Tłumu nie porwą – najwyżej pogwarzą.
Za to w ordynku, kiedy się ustawią
Według przyjętej, i zacnej reguły,
Choć zbiorem głosek, bywa, że cud sprawią,
Byle im muzy iskry użyczyły.
Słowa, jak kwiaty, w odpowiedniej dłoni
Aurę roztoczą, która do braw skłoni.
W sierpniu
Czy to już jesień? – dalie zapytały.
Wciąż lato jeszcze, ale nie zwlekajcie,
Noce już chłodne, sierpień przywitajcie,
Wrzesień za pasem, jeszcze kroczek mały…
Nie skąpcie wdzięku rozbieganym oczom,
Humorów, lilie wam nie będą psuły,
Wonią upojną zmysły uwodziły,
Pora najwyższa, żeby nos odpoczął.
I tylko chmury daliom dziś potrzeba,
Nabrzmiałym pąkom, jej wigor posłuży,
Chętnie się przejrzą chociażby w kałuży,
Ciepłej napiją wody prosto z nieba.
Rano lawenda, nieśmiałość pokona:
Skąd się tu wzięły? spyta zaskoczona.
Worek ze łzami
Rozwiązał się worek ze łzami,
Skąpały się zmysły w ogrodzie
Obmytym lśniącymi kroplami;
Deszcz spełnił marzenia o chłodzie.
Jak mogła, zwilżyła im usta,
Wręcz ozdrowieńcza łza z nieba,
Ożywić zdołała robusta
Tak bardzo jej było potrzeba.
W upojnych objęciach Erato
Ponownie roztańczą się rymy
Z wdzięczności zapewne i za to,
Że znów się tradycji skłonimy.
Słońce już kwiatów nie dręczy,
Mieczyków doczekam naręczy.
Bywa…
Miłość – uczucie piękne i paskudne.
Zabiegasz o nią, mimo, że cię nie chce.
Poczucie szczęścia bywa takie złudne,
Z nadzieją – może… kiedyś… mnie też zechce.
Bywa – odwagi brak, by miłość wyznać,
A kiedy wreszcie masz to już za sobą,
Odmowa boli, i tak trudno przyznać…
Kosz nigdy nie był marzenia ozdobą.
Lecz kiedy – bywa – niczym grom uderza,
Wzajemnym ogniem miłość się rozpala,
Przeszłości, przyszłość z kolorów się zwierza;
Myśl: na jak długo? – Zasnąć nie pozwala.
Pragnienie dręczy – dręczy przekonanie,
Że moc problemów niesie miłowanie.
Chciałbym…
Chciałbym balonem wzbić się tam gdzie chmury,
Biebrzę podejrzeć, gdy się kąpie wiosną,
W nieba błękicie obłoków turniury,
Które się wcześniej zachwycały Prosną.
Łatwiej zrozumiem każdego żurawia,
Co dzieckiem będąc w rzece moczył nogi,
Że wraca chętnie, znów je w Biebrzy stawia,
Głośnym klangorem wola: Boże drogi!
Chciałbym zobaczyć to, co bocian widzi,
Co go przyciąga do własnego gniazda,
Czemu łąk mokrych nigdy się nie wstydzi
Batalion – Biebrzy najprawdziwsza gwiazda?
Łatwiej zrozumieć ptasie sentymenty,
Gdy się biebrzańskie rozleją zakręty.
Czemu się kryjesz…
Nie kryj się miła w kącie własnej ciszy.
Ktoś Cię wystraszył? Potykać się boisz?
Tą ciszą własnych lęków nie ukoisz.
Moc w sobie obudź – niech los cię usłyszy.
Życie – zbyt cenne, by się w kokon chować.
Strach umie szczęście na zawsze odpędzić.
Nie pozwól lękom własnej duszy gnębić,
Kiedy się trzeba do skoku szykować!
Wolność uściskasz, im szybciej zrozumiesz,
Że na nic pozór, bezpieczeństwa złuda;
Opuść mrok cienia! Odwagi! Wszak umiesz …
Śpiąca nadzieja pragnień nie wspomaga.
Tylko szalonym śmiały plan się uda,
Lecz, gdy od strachu większa jest odwaga.
Jesień nad Biebrzą
Jesieni przeciwstawić, kto by się ośmielił?
Szykować się do zimy, kto by zdołał śliczniej?
Scenarzysta wspaniale kolory rozdzielił
Wszystkim drzewom dodając urody niezwykłej.
Październik – jesiennego reżyser teatru,
Szuwarom już obiecał, że je mróz posrebrzy,
Żurawie wyglądają północnego wiatru,
I cisza zapanuje, wśród zakoli Biebrzy.
I dopóki listopad sukien nie rozwieje,
Nie stłamsi złotych liści ostatniego klonu,
Dopóki dotyk słońca dłonie jeszcze grzeje,
Jesieni nie żałuję niskiego pokłonu.
Powędrują pajączki, w różne strony świata;
Całe niebo wypełni nić babiego lata.
Jesień 2019
esień – bo każdy dzień od nocy krótszy
Miłorząb, złotem inkrustuje liście,
Bo młodym winnym dojrzewają kiście;
Ogród bez kwiatów, lecz barwami iskrzy.
Stadko gołębi robi mi pobudkę,
Zadowolone, że już słońce wschodzi;
Rzeka spragniona, z suszą się nie godzi…
Jej, za cierpliwość, postawił bym wódkę.
A, gdyby chmura też ochotę miała,
Mocną nalewką dała by się skusić,
Mógłbym tę skąpą niewdzięcznicę upić,
Żeby już nocą wypłakać się chciała.
Może by nastrój Biebrzy się poprawił,
Gdybym jej miłą niespodziankę sprawił.
Już jesień
Skończyło lato upału benefis…;
Chociaż go pająk o pomoc nie prosił,
Wrzesień mgłą ranną, pajęczynę zrosił.
Wrażenie zrobił – niechętny dać przepis.
Z własną ofertą puka już październik;
Od blasku astrów słońce oczy mruży,
Hardym marcinkom za asystę służy.
„Czy to już wiosna? - dziwi się ciemiernik.
„Takim to dobrze! Konkurencji mało;
Z jednej matrycy… starać się nie muszą,
W złotej komnacie i tak wszystkich wzruszą” –
Mruga rudbekia, bo cóż jej zostało?
Przygadał kocioł... ta pretensja śmieszy,
Szat, pełną szafą, sama też nie grzeszy.
Kwiaty
Nie! Nie unikam, uroków Maryny,
Na pewno nie są dla mnie mało ważne.
Lubię wspomnienia spod gęstej czupryny,
Urodę każdą doceniam, jednakże
Wiersze, najchętniej, pisałbym o kwiatach.
Wszystkich zapewniam szczerze, że jest, o czym,
O pragnień – ślicznych – znanych mi tematach;
Tak krótko trwają, nie im słuchać: Potem…
Piękno, w sonetu zamknąć lubię słowach,
Żeby mą pamięć w mroźne dni pieściły;
Może by w innych zamieszały głowach?
Chwil przyjemności im nie odmówiły?
Na kwiaty mogę gapić się bez przerwy,
W gębę nie dadzą – brak im ludzkiej werwy.
Kwietna jesień
Jesień się chyba zadurzyła – w kwiatach,
W pamięci, oddam jej najwyższą półkę:
Pięknie ci miła w kolorowych szatach,
Chętnie zawiążę z tobą z o.o. spółkę.
Ogród, dziś w kropce. Co z tym fantem począć:
Czy ją zachęcać, czy przestrzec rozważnie?,
Bo czas najwyższy, żeby już odpocząć,
By zimie czoło stawić mógł odważnie.
Przyjemnie grzać się w słońcu listopada,
Lecz gdy się ciepłu nazbyt myli data,
Że zima blisko, rozum podpowiada;
Podziw z obawą doświadczenie splata.
Radość, ze smutkiem, smutnym snem się dzieli:
Mróz śle depeszę: Będę. Po niedzieli.
Na Syberii
Za polskość… mroźna tajga, i stepy Syberii,
Gdzie w miejscu krzyża – portret: Stalina i Berii.
Tam każde dożywocie trwa miesiąc, rok, lub dwa,
A głód jest beznadziejny, on jeden wiecznie trwa.
Jak przetrwać zimę? Bracie! Po ludzku powiedz. Jak?!
Нам тоже не хватает – справишсья, ты Поляк.
Ты для меня не брат, ты …Союза вредатель.
Ты ссыльный– так, работай! Я здесь твой надзиратель.
Komu siły starczyło – powrócił do domu,
Chciał rzucić się w ramiona, ale nie miał komu.
Łzy już wylał, gdy pokłon, prostym składał krzyżom; Tam, daleko, burany kości bliskich liżą.
Niech pamięć o tych czasach i ludziach nie minie,
Niech to, co je zrodziło, na piekła dnie zginie!
O miłości
Miłość jest chyba przereklamowana:
Młodzieńcza - zawsze aż nazbyt gorąca,
Dojrzała za to, jak owsianka z rana,
Brak jej pomysłu ciągle taka śpiąca.
Czasem się zmienia w jakieś przedsięwzięcie,
Świadczenie usług każdą miłość zburzy,
Walka o władzę niczym w parlamencie –
Coś tam dostanie, ale gdy zasłuży.
Najlepiej, gdyby on swą porcją ciepła
Zawsze rozgrzewał jej zmarznięte ręce,
Żeby moc pragnień nigdy nie zakrzepła,
Jej pierś gorąca grzała jego serce.
Niby banalne, wszyscy prawdę znają,
Dlaczego zatem w złym marazmie trwają?
O Wierszu
W ciszy poeta strofy w wiersz układa,
Słowem ozdobnym idee obleka.
Kiedy natchnieniu zgłoska nie ucieka
Znowu powstanie o życiu tyrada.
Bo z czego pisarz dzieło swoje tworzy?
Nie dotknął rymu nie spytał: dlaczego?
Tak wiele da się wykrzesać z niczego;
Przed czasem nawet, myśl się nie ukorzy.
Trwa, bez ochrony twardego tworzywa
Tylko pamięci ludzkiej mu potrzeba,
W niej mu najlepiej, w niej dotyka nieba,
Bo człowiek łaknie piękna i krzesiwa,
Nadziei, choćby nikłej odrobiny,
A życie przetrwa w koszyku z wikliny.
Prawdziwy ogród
Prawdziwy ogród – to nie tylko kwiaty.
Cieszy mnie wszystko: grzyby, kret, ślimaki,
Zaskroniec, jeże, ropucha i ptaki,
Owadów wybór wielki. Jakie straty?
Za swój uznały, kuny i łasiczka,
Inne zwierzęta też by dobrze miały,
Och! Gdyby jeszcze lilie pokochały.
Może, gdy zadbam, nie dostanę prztyczka?
Przygarnę chętnie: bażanty, przepiórki,
Sowę, by myszy się nie panoszyły.
Marzenia moje dziś by się spełniły,
Gdybym zobaczył na drzewach wiewiórki.
Zapraszam wszystkie. Z nimi żyć chcę w zgodzie,
Bezpieczny azyl znajdą w mym ogrodzie.
Sosna
Na gołym głazie – wielkie miał rozmiary –
Sosna wyrosła, wbrew logice wszelkiej,
Chętnie bym spytał, skąd w niej tyle wiary;
Nigdy bym nie miał nadziei tak wielkiej.
Jak wiele chęci do życia potrzeba,
By się odważyć na tyle ryzyka?
Trudniejszej drogi do własnego nieba
Chyba nie poznam – nadziei moc znika.
Coraz mniej dla mnie rzeczy niemożliwych,
Bo chociaż trudno w te cuda uwierzyć,
Zdziwionych oczu, dzielnej tak życzliwych,
Zachwytu poziom trudno będzie zmierzyć.
Najśmielszej z sosen, przykład niech posłuży,
Gdy nasz optymizm, bywa nie za duży.
Trudno
Trudno nadzieję zbyć słowami trzema,
Kochane imię na bruk eksmitować,
Gorączkę uczuć z pamięci usunąć,
Kiedy klawisza 'RESET' w głowie nie ma.
Lepiej, bym twego imienia nie poznał,
Twojego blasku z tłumu nie wyłowił,
Do serca drogi nigdy się nie uczył,
W twych zakamarkach rozkoszy nie szukał.
Mniej bym dziś cierpiał, gdybyś mi herbaty
Swym pocałunkiem nigdy nie słodziła.
Zbyt cienką nicią Afrodyta szyła,
Zapał mój trafił do kosza: „Na straty”.
Różową kredką w snach mych cię pisałem,
I tylko szczęścia w miłości nie miałem.
Zważ, o co prosisz…
Zważ, o co prosisz, choćby nawet cicho,
Bo może spełni los twoje życzenie.
Będziesz się wiecznie płaszczył uniżenie
Za coś, co szeptem podpowiada licho.
Dręczyło odtąd będzie cię sumienie,
Radą nie wesprze dobry sąsiad Krzycho,
Pomóc nie zdoła nawet ważny Zbycho,
Na Boskie, również nie licz zrozumienie.
Fortuna wiecznie sprzyjała nie będzie,
To nie oberża z, bez dna, pełną michą,
Z prawdą nie wygrasz, bo uszy ma wszędzie;
Jemu nie powiesz – nieporozumienie…
Czyste sumienie chce pozostać szychą,
By uczyć każde, nowe pokolenie!
*******
Gdy po Różyczkę zakrada się cicho,
Bo spełnić pragnie próżności życzenie,
Ukłony składa, ślicznej, uniżenie.
Zerwij ją! – Szeptem podpowiada licho.
Wstrzymać go może jedynie sumienie,
Bo, gdy się dowie dobry sąsiad Krzycho,
Pomóc nie zdoła nawet ważny Zbycho,
Trudno o Boskie prosić zrozumienie.
Fortuna wiecznie sprzyjała nie będzie
To nie oberża z, bez dna, pełną michą,
Z prawdą nie wygra – ta, uszy ma wszędzie.
Jemu nie powie – nieporozumienie…
Czyste sumienie chce pozostać szychą,
Bo uczy każde młode pokolenie!
*******
Zważ, o co prosisz, choćby nawet cicho,
Bo może spełni się twoje życzenie.
Będziesz się wiecznie kłaniał uniżenie
Za coś, co szeptem podpowiada licho.
Sumienie będzie cię odtąd dręczyło
Bo jego, żadne nie uciszy, słowo
Choćby ci sto lat przyszło przeżyć zdrowo,
Na potępienie tylko zasłużyło.
Radą nie wesprze dobry sąsiad Krzycho
Każde sumienie chce pozostać szychą,
Pomóc nie zdoła nawet ważny Zbycho.
Wiecznie już będzie za snem tęsknić głowa,
Prawda ujawnić będzie się starała,
A to, sukcesu więcej niż połowa.
Żeby…
Nie, żebym lasu wcale nie szanował,
Trzeba go chronić przed niejednym łgarstwem,
Skarbem jest, całej planety lekarstwem,
Lecz różę też bym z pożogi ratował.
Każde stworzenie warte jest ochrony,
Ma jednakowe prawo do istnienia,
Nikt nie zna przecież jego przeznaczenia;
Co my tam wiemy, co komu sądzone.
Cnotą nie rządzą prawa ekonomii,
Nie sposób życia przeliczać na złoto.
Wszystkim żyjącym przecież chodzi o to,
By trwać i świadczyć, że nie są ułomni.
Nic nie istnieje nigdy bez potrzeby.
Szanuj słabszego – nie poświęcaj, żeby...
Akwarium
Widziałem w domu „koralową rafę”
Szczerze zazdroszczę, pięknego widoku.
Ja tak urządzić świata nie potrafię,
Oczy bym pieścił od świtu do zmroku.
Morskie akwarium, a w nim koralowce.
Skałę obrosły liczne jamochłony,
Pasą się w wodzie jak na halach owce,
Fetą kolorów jarzą jak neony.
To nie jest łatwe, bowiem stworzyć trzeba
Byt unikalny, chociaż w małej skali,
Lecz jak się uda, jakbyś dotknął nieba,
Jakby ci medal mistrzowski przyznali.
Smutne to jednak, jak się Ziemia zmienia.
Czyżby po rafach zostały wspomnienia?
Emigranci
Dziś rzadko Polak wyzna, dłoń w górę uniesie,
Że gniazda nie opuszczał, życie spędził całe
Pod jednym, własnym niebem, w jednym błądził lesie,
Za chlebem nie wędrował, marzeń nie miał śmiałych.
Ziemia wszędzie jednaka, wszędzie pełna ludzi,
Pracować wszędzie trzeba, na los swój zasłużyć,
Wszędzie jednaka praca, podobnie ręce brudzi,
Co, komu sądzone – wróż, żaden nie wywróży.
Komu dane, zakończyć życie w domu matki,
Która córka pod ojca skrzydłami utkwiła?
Coś nas po świecie rzuca, jak liść, gdy zmienia szatki,
Mnie Biebrza przygarnęła – taka była miła.
Dziś każdy emigrantem – bliskim, lub dalekim.
I każdy z nas zostaje – po prostu – człowiekiem.
Gdzie mnie nie poniosło...
Z życiem się spierać więcej nie zamierzam.
Posłusznie przyjmę wszystko co mi daje,
Wygodną ścieżkę, czy kocie rozstaje…
Bezdrożem również dojdę, dokąd zmierzam.
Czy zdołam jeszcze piękne przeżyć chwile?
Wykąpię oczy w rzepakowym łanie?
Zegar wyrzucę! Wskazówki, to dranie!
W życia zanadrzu… niespodzianek tyle.
Odkryję miejsca, gdzie jeszcze nie byłem?
Może się jeszcze komuś, na coś przydam?
Może tysięczny, choć się dziwny wydam,
Napiszę sonet, z radości – że żyłem.
Niech los mnie wyśle, gdzie mnie nie poniosło,
Niech mocne da mi do mej łodzi – wiosło.
Jesienna wędrówka
Stada gęsi strzałami niebo tną jesienne,
Wiatr północny, znad Szkocji służy im pomocą,
Rozbrzmiewają ich głosy nawet ciemną nocą,
Poganiane przez chmury w zimny deszcz brzemienne.
Znak, że tam na północy postraszyła zima,
Czas sielanki skończony, bo dzień już zbyt krótki.
I trudno, z pustym brzuchem, doczekać pobudki,
Wszak dzieci odchowane, nic już ich nie trzyma.
Nie im piękną podziwiać, polską, złotą jesień,
Gdy na południu inna już rozlała rzeka,
Na swoje własne stado od pół roku czeka,
Bo także za nim tęskni, bo minął już wrzesień.
I tak od lat tysięcy, cykl ów się powtarza,
I innego gęgawa, nawet nie rozważa.
Milion łez
Smutny nieboskłon milion łez wylewa,
Zieleń opuszcza nadbiebrzańskie łąki,
Rzeka się jeszcze lodu nie spodziewa,
Ale gotowa do, z ciepłem, rozłąki.
Cisza w szuwarach zagościła dziwna,
Żurawie podróż przyjęły z pokorą.
Pośród listowia rządzi aura piwna,
A sroki cieszy deseń typu moro.
Nie znoszą długich za miedzę wędrówek,
To tu podfruną…, to tam coś wypatrzą…
A mnie brak dudka, tych samych, trzech słówek;
Próśb moich, kwiatki nawet nie rozpatrzą.
Wiosny już czekać im przyjdzie wytrwale,
Zimy, by chciały nie oglądać wcale.
Na Święto Zmarłych.
Pożółkłe liście – prośby o wspomnienie,
Przed Wszystkich Świętych groby zaścieliły,
Że ich marzenia jednak się spełniły
Matce i ojcu złóżmy zapewnienie.
Pokażmy: jakie mają śliczne wnuki,
Że trud ich święty nie poszedł na marne,
Że domy ich są nadal gwarne,
Że dały efekt cierpliwe nauki.
Dziadkom i babciom, również podziękujmy
Za to że byli, uczyli śmiałości;
Nagrodą będzie za tony miłości
Łza w oku, przecież nie przyniesie ujmy.
Dni w roku mało, by za to dziękować;
Tradycję piękną grzech nie uszanować.
Najdroższa
Moja najdroższa... moja ukochana...
Cudna nadziejo na urocze życie,
Czy mam się rzucić na oba kolana?
Czy kochać cicho, z daleka, i skrycie?
Piszesz, że kochasz, że bez... nie potrafisz
Że już tęsknoty dosyć masz serdecznie,
Więc czemu zwlekasz – czas, dlaczego tracisz,
Gdy dzień bez ciebie – to, jak cierpieć wiecznie.
Już dzisiaj pragnę zajrzeć w twoje oczy,
W uroczej głębi studzić pożądanie.
Dziś zaspokoisz mój apetyt smoczy?
Miłości szkodzi ból oczekiwania.
Nie pozwól w obaw się zaplątać kniei,
Nie ugaś ledwie tlącej się nadziei.
Podniety poety
Trzy są podniety poety.
Jest ktoś, kto by rzekł: Niestety?
Miarą każdego estety:
Kwiaty, sonety, kobiety.
Zatem – do dzieła, poeci!
Styl niech kwiecistość zaleci...
Urok kobiecy podnieci...
Nowe niech rodzą się dzieci!
Nim wena ulotna się zlęknie
Niech rym przed muzą uklęknie,
Myśli przeplata niech pięknie;
Najtwardsze serce dziś zmięknie.
Bo wasze dzieci to wiersze –
Nieważne... setne, czy pierwsze.
Wiersz
Wiersz – zdobiona pięknym słowem, romantyczna czasu strata?
Odrzucając każde tabu, poetycką rządzi normą.
Choć pozornie bez powabu, muzom wierną służy formą.
Pokłon czyniąc pawim piórem, skromnym hołdem jest dla Świata.
Wzór klasyczny w zapomnieniu, tronu coraz ustępuje;
Wiersz, wciąż zmienia swe aktywa, świętość się rozstaje z Graalem,
Dzisiaj nowość sławy chciwa, rymu nie chce być wasalem,
W każdym niemal pokoleniu smaku nowych form próbuje.
Nowe strofy – nowe stroje. Świetnie! Świat jest przecież różny;
Ziarno się uwalnia z kłosa, korzystając z sił kreacji,
Wiersz, chce wznieść się pod niebiosa, przy dostojnych cnót narracji,
Wdzieje zatem suknie swoje, tylko wenie będzie dłużny.
Skoro słońce, jak świeciło, świeci, zdolne grzać sumiennie,
Trwaj klasyko! – Sercu miło, że jest coś, co brzmi niezmiennie.
Wordzie drogi…
Ciągle piszę i piszę, rymy wciąż się kłębią w głowie.
W aurze sonetów wiszę, szukam słów po każdym słowie.
Nie wiem jak długo jeszcze w poezji wytrwam przetargu,
Mszczą się dziś na mnie wieszcze, za szkolne lata letargu.
Myśl moja wciąż sprawniejsza, czy coś mi w mózgu pstryknęło?
Debiutu trema mniejsza, kompleksy licho już wzięło.
Nie cierpię ortografii! Komputer ciąg słów zapisze,
Błąd poprawiać potrafi, ja stukam tylko w klawisze.
Wordzie mój drogi, – dzięki, że mnie tak wiernie wspomagasz,
Już nie dręczą mnie lęki, z błędami dzielnie się zmagasz.
Nikt by zdań nie przeczytał, bazgrzę jak kura pazurem,
Dziś krytykę bym łykał, cierpiałbym pod jej chórem.
Bez ciebie by nie przetrwały, mych wierszy rymy ulotne,
Dysk pamięci mam mały, raz jeszcze – dzięki! Stokrotne.
Złota jesień
Gdy młoda jeszcze jesień, wszystkim wokół drzewom,
Z fantazją wielką, złotem, liście malowała,
Niezmiennie, napotkanym na swej drodze gniewom
Na pytania odpowiedź jedną zawsze słała:
Uwielbiam żółcie wszelkie, brązy i czerwienie,
Świat soczystej zieleni? Nie moja to mięta.
Midasem świata jestem, w złoto wszystko zmienię!
Wie o tym każdy wrzesień – październik pamięta.
Dopiero, gdy listopad Arktyką zadmucha,
Niezwykły – zjawiskowy trud idzie na marne.
Na dworze coraz zimniej, dzień krótszy i plucha…
– Więc teraz nasza kolej! Śmieją się latarnie.
Lecz zanim…, złotą jesień lubi Polska cała,
Bo taka kolorowa, bo nasza – wspaniała.
Druga szansa
Późny listopad w najkrótsze dni roku,
Makom przestawił wskazówki zegarka?
Letniej kreacji, to tylko przymiarka,
Czy promocyjna, powtórka o zmroku?
Pąki dojrzałe, niczym panny w maju,
Ciągle z nadzieją wypatrują słońca,
Gdyby go miały, wysłały by gońca,
A tak, utkwiły jak gość na rozstaju.
Śniąc, cieplejszego czekają sygnału;
Czy się zlituje nad makami grudzień?
Już trzymam kciuki i choć brak mi złudzeń
Doświadczyć chciałbym podobnego szału.
Życie! Daj szansę, drugą – choćby trudną,
Wezmę ją w ciemno, nawet bardziej złudną.
Zmartwienie poety
Głowa otwarta, jestem już gotowy.
Laptop od wczoraj solidnie odpoczął,
Żadne tematy Worda nie zaskoczą,
Żadne zdań części, żadne części mowy.
Z miejsca przygarnę ich plejadę całą,
Gdy tylko pomysł na wiersz do mnie przyjdzie,
Z sercem ugoszczę, bez rymu nie wyjdzie,
Tylko czy wersy zadaniu sprostają?
Bo wbrew pozorom myśl jest najważniejsza,
Reszta to tylko technika i wprawa,
Ze słów utkana wesoła zabawa,
Czasem zbyt trudna, ale o to mniejsza…
To już zmartwienie każdego poety,
Nie każdym wierszem zachwyci – niestety.
Grzesznik
Wie doskonale, że nie będzie święty,
Bo myślą grzeszną trzy napełni głowy,
Bo, któż nie szukał smaku z cukrem mięty,
Bo nie wystarczy żyć tak do połowy.
Jeśli marzenia nazwą – gdzieś tam – grzechem,
Z pewnością nigdy, świętym nie zostanie,
Świętym odpowie – gdy spytają – śmiechem,
Bo jego życiem rządzi przekonanie,
Że łatwiej przełknąć grzech szczerze żałując,
Niż żalem grzeszyć, że się nie zgrzeszyło,
I w krętych smugach pamięci szybując,
Wspomnienie odgrzać – jakie by nie było.
Niech ktoś uniesie rękę ponad głowę
I – Nie zgrzeszyłem! – Głośno mu odpowie.
Jak kochać Polskę
Jak kochać Polskę, gdy spokój na świecie?
Kiedy mnie spyta, podpowiem wnuczkowi:
Nie trzeba krwi lać… Dzisiaj Polakowi
Pracować trzeba, zdradzę ci w sekrecie.
Czy ślad zostawiasz radosny, czy smutny?
Czy brałeś tylko…? Zapytaj ojczyznę,
Czy dałeś więcej niż tylko „pańszczyznę”,
Komuś pomogłeś, czy byłeś okrutny?
Bo choć nie jesteś odważnym żołnierzem,
To kiedy robisz to dobrze, z ochotą,
Pomyśl o sobie: Jestem patriotą!
Nawet gdy walczysz z lebiodą i perzem.
Czy kochasz matkę, czy ojczyznę całą,
Rączką pomożesz – nawet taką małą.
Listopad
Czas już zimowy… bo listopad prawie…
Spóźniona malwa lato przypomina.
Jeszcze smagliczka…, jeszcze krwawnik w trawie…
A, jak smakuje ptakom jarzębina!
Drzewom już pora zapomnieć o złocie,
Mgła przesłoniła pól nadrzecznych głębię,
A tak niedawno ptaków całe krocie
Księżyc ścigały, ustrojony w pełnię.
Jesień już czeka chłodu listopada,
Mróz, coraz straszy, coraz dłuższe noce.
O kwiaty prosić nawet nie wypada
Śliczną czerwienią błyszczą róż owoce.
Opadłe liście deszcz jesienny moczy,
Wiosnę już widzę – kiedy zamknę oczy.
Mili goście
W mojej piwnicy – co roku – jesienią,
I zimą całą, mam rzadkiego gościa.
Cieszy nie widok tego jegomościa,
Choć panie pewnie mnie nie zrozumieją,
Bo nie wiem czemu lęk w nich często budzi,
Gdy bezszelestnie lata nad głowami,
Skoro zmrok zapadł, gania za muchami,
Tych pod dostatkiem znajdując wśród ludzi.
Komary, by z nas wszystką krew wypiły,
I giez by ugryzł moje wnuczki – podły,
Skoro by ptakom w łowach nie pomogły,
Gdy te utracą po dniu całym siły.
Do nietoperzy mówię – odgadliście? –
Wiście bezpieczne w mej piwnicy – wiście!
Na Święto Niepodległości
Listopad – trudny czas do świętowania,
Ale historia na aurę nie zważa,
Mnie do refleksji późna jesień skłania,
Inteligencję – to „Hura!” – obraża.
Ja bardziej myślę, gdy inni się cieszą:
Czemu tak często krew trzeba przelewać,
Czemu rodacy rozwagą nie grzeszą?
Ja na silniejszych nie lubię się gniewać.
Naród o wolność musi dbać zawczasu,
By się nie kłaniać swym dawnym cierpieniom,
Niech nie funduje krwawego patosu
Swoim następnym, młodym pokoleniom.
Kochanowskiemu – za gorzkie „ … po szkodzie”,
Jak za diagnozę – podziękuj narodzie.
Nie do twarzy
Szczęśliwi, szczęściem łatwo się swym cieszą,
Gdy nieszczęśliwi rany rozdrapują,
Świat kolorami tęczy pomalują,
Gdy nieszczęśników nawet myśli peszą.
Cudzej fortunie z trudem kibicują,
Marząc, że kiedyś im się też przydarzy…
I choć ze smutkiem twarzom nie do twarzy,
Miłym uśmiechem rzadko się częstują.
Myśli się kłębią, że nie starczy siły;
Skuci obawy złowrogą obręczą,
Niczym w skorupie duszą się i męczą.
Stan ten im ciąży, uwiera, …niemiły.
I wiele przyjdzie niepowodzeń przeżyć;
Własnym się lękom muszą sprzeniewierzyć.
Niespodzianka
Nie uwierzycie – sam bym nie uwierzył;
Listopadowy początek poranka…
Oczar już zakwitł. Ale niespodzianka!
Każdy by chętnie taki ranek przeżył.
Zawsze kwitł w lutym – na początku maca –
Zadowolony, ze śniegiem się witał,
Po długiej zimie tęsknoty odczytał
Zapatrzonego w powiew wiosny starca.
Ciekawym bardzo, co to może znaczyć?
Zimy nie będzie…? Mój oczar coś czuje?
Myśl, za pragnieniem ciepła podróżuje.
Co jeszcze będzie dane mi zobaczyć?
Cieszy mnie zawsze każdy rozkwit życia;
Lecz, trudną drogę wybrał do przebycia.
Sąsiadka
Wredna sąsiadka – nic gorszego nie ma,
Gdy się mieszkania obok zmienić nie da.
Nie wie co litość, nie zjada ją trema,
Jedno ma w głowie…, i w tym cała bieda.
W dni uprzykrzaniu… nadzwyczajnie sprawna,
Jak pozbawiona wyjątków reguła,
Bo doskonałość ćwiczyła od dawna,
Własnym sąsiadom w niczym nie współczuła.
Za to, gdy szkodzić można…, zawsze pierwsza,
W tym jednym wiernie można na nią liczyć.
Dobre uczynki? – Gdzie tam… O to mniejsza.
Jedna pięść goła wszystkie zdoła zliczyć.
Za to, gdy dobra sąsiadka się trafi,
Zycie, jak żadna, umilić potrafi.
Czasu złodziej
Skoro jesteś tylko, jedną krótką chwilką,
Której nikt powtórzyć, przecież nie potrafi,
O złodziejach różnej maści słówek kilka…
Z zachowaniem trudnej sztuki ortografii.
Bo złodziei – wierzcie – nadzwyczaj nie znoszę,
Nawet, gdy mi tylko czas bezcenny kradną,
Więc mi wybacz – ŻYCIE – o to jedno proszę,
Że wrednym odpowiem zwrotką niezbyt ładną.
Wszystko, co mam, oddam – czasu nie poświęcę.
To jedyne, czego kupić nikt nie zdoła,
Nikt mi nie da choćby pół godziny więcej,
A mnie już, choć cicho, wieczność do snu woła.
Na tym świecie… wciąż się tyle piękna kłania;
Najgorszego jestem o złodziejach zdania.
Tradycja i postęp
Nigdy nie byłem nazbyt nowoczesny.
Podoba mi się, gdy coś trwa niezmiennie.
Piewca dawnego..., lecz nie zacofany,
Taka chimera niepoprawna ze mnie.
Każdej tradycji utraconej szkoda.
...W magię ubrana historia niezwykła.
Dziś świat się zmienia, jak w marcu pogoda,
Jeszcze do tempa swego nie przywykła.
Do samolotu bez „łyka” nie wsiądę
Syrenką jechać, dziś bym pewnie zwlekał...,
Choć staromodnie, nowe wątki przędę,
Przed gigabitem nie będę uciekał.
Zgoda na wszystkie, potencjalne straty,
Niech tylko maje wrócą..., jak przed laty.
Usłyszał dziadek pytanie
A, co, to patriotyzm? Wnuczek dziadka pyta.
Dbać o swoją ojczyznę, w sercu mieć ją stale.
A jak to zrobić? Powiedz! W oczach dziadka czyta.
Kochaj ją, jak ja ciebie, jak ty kochasz mamę.
Dbaj, by jej nic nie brakło, zawsze śpiesz z pomocą,
Niech jej mała i duża nadzieja się ziści,
Niech się czuje bezpiecznie, spokojnie śpi nocą,
I niech szczęśliwa będzie, urodą niech błyszczy.
Niczego jej nie żałuj, niech wie, że ją kochasz,
Niech się w swej dumie pyszni czerwienią i bielą;
Wiesz? Nieważne: urzędnik, inżynier, czy tokarz,
W opiece nad ojczyzną rolami się dzielą.
A, gdy jej ktoś zagrozi, nie oszczędzą życia;
Długą masz jeszcze drogę, wnuczku, do przebycia.
Zakochany
Na srebrnej igle, złotą chciał być nicią,
By jej cierpienia wszystkie zacerować,
By w nowej sukni, z zakochania świtą,
Wspólną znów ścieżką chciała spacerować.
By zatańczyła przy wtórze orkiestry,
W której słowiki grają pierwsze skrzypce,
Drugie – skowronka urocze rejestry,
By się spełniła baśń o złotej rybce.
Pragnął życzenia jej spełniać wieczorem,
By wstając rano myślała, że słońce
Nigdy nie zajdzie, by dawnym potworom
Drogę wskazała w czeluści gorące,
I zawołała: kocham ciebie – życie,
Trwaj szczęście moje, dodawała skrycie.
Bez poezji?
…Bo każda, nawet nieudolna strofa
Bawić gotowa, i gotowa służyć…
Do lat młodzieńczych z ochotą się cofa,
Kiedy cyganka chciała los wywróżyć…
Zbudzić potrafi śpiące w głębi duszy,
Ktoś by pomyślał, że już zapomniane,
Skoro włos siwy gęsto skronie prószy,
Ciche tęsknoty – dawne miłowanie.
…Bo, czy poezja ślubów nie składała,
Uczuciom wiernie służyć po wsze czasy,
Bo czy piękniejsze kiedyś role grała,
Czy przemierzyła milsze sercu trasy?
Łatwo, w poezji wszechmoce nie wierzyć,
Ale czy można bez niej miłość przeżyć?
Gdy się…
Gdy się nieszczęścia dwa z sobą spotkały,
Co się wydawać może niemożliwe,
Szczęścia większego dotąd nie zaznały,
Takie się stały dla siebie życzliwe.
Kto by uwierzył…, złotówkę by stawiał…?
Szybciej, nieszczęście wróżył – do kwadratu,
Ja też nie będę już nikomu wmawiał,
Że brak perspektyw…, ale, do tematu…
Nieszczęściom – wiele do szczęścia nie trzeba:
Jednakich pragnień, dużo zaufania,
Choć odrobiny błękitnego nieba,
Szczęścia, by znowu nie trafić na drania.
Z draniem się nie da…, lepiej niech go diabli…
Dobrze, że chociaż te na siebie wpadły.
Grudzień
Grudzień, z mojego okna widzę,
Jak się w listopad coraz zmienia;
Zima ostatnio bez sumienia,
Więc się zwyczajnie za nią wstydzę.
Biel już powinna pejzaż zdobić,
Mróz, jak to w grudniu, szczypać winien,
Psią budę pora opatulić,
Bałwan przed domem stać powinien…
Co to za grudzień bez bałwana,
Bez ciepłej czapki, rękawiczek,
Bez odśnieżania drogi z rana,
Bez zrumienionych dzieci liczek?
Na taki, mojej nie ma zgody,
Nie chcę bezśnieżnej nowomowy.
I jak tu wierzyć…
I jak tu wierzyć poecie…?
On przecież tylko marzy,
Nawet, gdy o kobiecie
Pięknymi słowy gwarzy.
I jak tu wierzyć poecie…?
On niewidzialne widzi,
On tylko słowa plecie,
Że się też człek nie wstydzi.
I jak tu wierzyć poecie…?
Dość tego…! Już nie uwierzę!
I powiem wam w sekrecie
Rzadko coś mówi szczerze.
I jak tu wierzyć poecie…?
Kiedy od rzeczy plecie.
List gończy
Po siódmej, z trudem budzi się grudniowy…
Olbrzymie słońce miedzią promieniuje,
Przebić nieboskłon jak co dzień próbuje,
…Dzień na spotkanie jakby niegotowy.
Kolejne chmury już horyzont smucą,
Z każdą minutą kradną połać nieba,
Kilku kwadransów i ciemna koliba
Zawładnie mokrym polem i ulicą.
Za kilka godzin krótki dzień się skończy,
Solar nie zdąży lampy naładować,
Noc bez księżyca znów coś będzie knować…;
Dziś jeszcze wyślę za wiosną list gończy.
Bo mi brakuje blasku popołudnia,
Bo tęsknię za nią, bo nie lubię grudnia.
Końcówka grudnia
Końcówka roku marzec przypomina.
Deszcz śnieg roztopił. Gdzie on ma sumienie?
Wzdłuż ulic płyną wartko dwa strumienie.
A grudzień na to: „To nie moja wina!”.
Nie! To nie wiosna, dzień jeszcze zbyt krótki.
Jutro Sylwester, Nowy Rok przed nami,
Zima, dopiero szlak znaczy śladami,
To ocieplenia globalnego skutki.
Najmocniej wnuczki tęsknią dziś za śniegiem,
Mnie bardziej smuci niedostatek słońca.
Noc długa, niczym samograj bez końca,
Zima powróci, pewnie drugim biegiem.
Czas stare kości ogrzać przy kominku,
Z małym kieliszkiem nalewki na kminku.
Miłość (2)
Miłość. Odgadniesz – czym ona…?
W zawiei droga w nieznane?
Raz w sercu wypala ranę,
Raz tuli do swego łona.
Młodą cierpliwość testuje,
Oko niechętnie przymyka,
Doświadczeń wieków dotyka,
Nad fałszem się nie lituje.
Gdy ślepa na jej marzenia,
Gdy jego nie czuje pragnień,
Gorzkich nie słucha ponagleń,
Życie w cierpienie zamienia.
Spytana – powie – nie zdołasz…,
Na próżno litości wołasz.
Pierwszy śnieg
Pierwsza w tym roku taka biel grudniowa,
Sprawdzianem wszystkich niedzielnych kierowców.
Pierwsze przygody porannych pechowców,
Paskudnie groźna wrednych rowów zmowa.
Nie pędź zbyt szybko w pierwszy śnieg rodaku,
Lepiej się spóźnić niż pomocy czekać.
Szef dziś zrozumie, nie będzie narzekać,
On też szczęśliwy, że się trzymał szlaku.
Zadowolony, bo przykładem świeci.
Relacjonuje, co widział po drodze,
Samochodowe dzielnie trzymał wodze,
Rozmaitości, wartki potok leci.
Wielkie emocje zimą zapowiada,
Wciąż niebezpieczna, biała promenada.
Urok zimy
Zdarza się kilka niezwykłych dni w roku,
Gdy oczy zakaz wydadzą powiekom…,
By nie uronić drobiny uroku,
Mrugać zabronią, czekać karzą grzechom.
Szronem pokryte po horyzont drzewa…
Buzie szeroko otwarte z podziwu…
Widoków takich co dzień się nie miewa,
Serdecznych wzruszeń i zachwytu zrywów.
Bo mróz niezwykłym umie być artystą,
Witanym zawsze z podziwu łaknieniem,
Chociaż zazwyczaj jestem optymistą,
To piękno jutro zostanie wspomnieniem.
I choć za zimą raczej nie przepadom
Znów wszystkim mrozom taką lekcję zadam.
Warto wierzyć
Szczęśliwi, szczęściem swym się cieszą,
Gdy nieszczęśliwi blizny rozdrapują,
Świat kolorami tęczy pomalują,
Gdy nieszczęśliwi myślą grzeszną grzeszą.
Kiedy cudzemu szczęściu zęby szczerzą,
Szarością wszystko pragną zamalować,
Palec im starcza, by radość rachować,
Z trudem się z własnym powodzeniem mierzą.
Płacząc, czekają zmiany swego losu,
Miast go za gardło jedną ręką chwycić,
A drugą głaskać, i na wsparcie liczyć,
Ale spokojnie, ale bez patosu.
Radość jest wokół, w wieży się nie chowa,
Pod każdy adres, zjawić się gotowa.
Wymaga troski…
Nie da się kochać za mocno – za słabo,
Ale, po prostu, miłuje się lub nie…
Nie wiem, co począć z podrzuconą żabą,
Co bym nie zrobił – dylemat… z duszą w tle.
Miłość – cnotliwy byt bez przymiotników,
Zmierzyć się nie da, zważyć, ni wycenić,
I choćby użyć samych wykrzykników,
Nic nie potrafi, osła w konia zmienić.
Bo każda miłość jest, albo jej nie ma;
Choć jeszcze wczoraj nawet się nie tliła,
Przyszła znienacka, nie zżarła jej trema.
I, jest! I Boga za nogi chwyciła.
Nikt nie zapewni, że trwać będzie wiecznie?
Troski wymaga, chce się czuć bezpiecznie.
Bo cóż więcej…
Do marzeń wraca często, i zawsze, z nadzieją,
Bo inaczej nie umie, bo nie chce…, bo, po co…?
Bo kiedy się ponownie, sam na sam, spotkają…
Najczulszym się uściskiem osrebrzą – ozłocą.
Pragnieniom, którym nigdy zasnąć nie pozwolił,
Drzwi otworzył na oścież, pełen animuszu,
Urokiem dawnych wspomnień wszystkie smutki koił,
Dzień w dzień powtarzał sobie: Łza losu nie wzruszy.
Pytania słał uparcie, echo wziął za gońca:
Uzbroić się w cierpliwość, czy kłócić się z losem?
Głos zwątpienia mu szepnął: To męka bez końca…
Zobaczymy! – Nadzieja mruknęła pod nosem.
Bo cóż więcej zostaje optymistom wiecznym,
Jak wszystkim kazać czekać – pragnieniom niegrzecznym?
Dlaczego…
Dlaczego Moiry świata już nie chronią?
Chwilowa niemoc…? Chore…? Czy oślepły?
Jest ich zbyt mało? – Ziemian tak przybyło –
Za Apollinem zajęte pogonią?
Co by nie było zaniedbań przyczyną,
W niespotykanej nigdy dotąd skali,
Ziemia, bez troski, zwyczajnie się pali;
Okres dostatku bezpowrotnie minął.
Australia płonie, Amazonia płacze,
Arktyka znika, Europa się dusi
Azja zbyt ludna…, coś z tym począć musi,
Afryka topi dusze swe tułacze,
O pomoc prosi – a Moiry ogłuchły,
Od płaczu ludziom oczy już popuchły.
Pierwszy śnieg
Tej nocy zimie odbiło się czkawką,
Z trudem znosiła odległe wspomnienia?
Cienką kołderką otuliła trawkę:
Dość mam – wyznała – tego poniżenia.
W słońcu styczniowym nagła biel oślepia,
Oczy do śniegu jeszcze nie przywykły.
Dzieci, bałwana jeszcze nie ulepią,
Lecz widok piękny, rzadki, więc niezwykły.
Czy to zapowiedź odwiecznej tradycji,
Czy miła szarej codzienności chwilka?
Styczeń zawołał: Zimo! Wróć z banicji!
Komu wystarczy śnieżynek tych kilka?
…I ledwie przyszła, łzami z dachów spływa –
Wzrok się za śniegiem, jak na bal podrywa.
Gdy będę…
Gdy będę pachniał słodką mandarynką
Zechcesz się może kiedyś spotkać ze mną?
Jestem chłopakiem, ty – dużą dziewczynką,
Nie taką przecież dla mnie bezimienną.
A może kiedy szczęściem pachniał będę,
Takim uroczym, z kremem waniliowym,
Czy zaufania drobinkę zdobędę?
Przecież facetem jestem zakochanym.
Dla ciebie pachnieć mogę niemal wszystkim,
Tylko dolarów nie będę milionem
Ni wściekłym wilkiem z rozdziawionym pyskiem.
Ale gwiazd pełnym, nocnym nieboskłonem
Chętnie kochana bym dla ciebie został,
Temu zadaniu, myślę, że bym sprostał.
Kiedy marzenia gdzieś pouciekały…
Kiedy marzenia gdzieś pouciekały,
Gdy się niedziela od czwartków nie rożni,
Dniom już dziękować nie czujesz się dłużny,
Noce bezsenną torturą się stały,
Kiedy już własny pies na ciebie szczeka,
Los – czarny kocur – o tobie zapomniał,
Jakby się w zastaw do lombardu oddał,
Jakby miał w nosie wszystko co cię czeka,
Zaproś pragnienia, niech ze snu się budzą,
Szarość niech chyżo nasycą barwami,
Noce wypełniają zarozkoszeniami
Smętki zwątpieniem serca niech nie studzą.
Dzieciom wystarczą obietnice z marzeń…
Ich czas nie goni, nie zastąpi zdarzeń.
Może byś spróbował…?
Wybacz mi... Skoro wszystkiemu podołasz,
Czemu zamykasz oczy na zasługi?
Może byś Stwórco zechciał raz, i drugi,
Uwagę zwrócić, kogo do snu wołasz.
Baczniej się przyjrzyj złym, co z życia kpili…
Niech ono będzie, za jakość nagrodą!
Daj się nacieszyć ich ziemską przygodą,
Najlepszym, kiedy na to zasłużyli.
Drań by się strwożył, gdybyś błogosławił
Tym potrafiącym pięknym znaczyć śladem…
Kto będzie młodych zachęcał przykładem,
Do ról szykował, jak żyć godnie – prawił?
I niespodziankę ludziom byś zgotował,
W ramach promocji – może byś spróbował?
Niewinne?
Róże bez trudu uwielbiać przychodzi,
Chociaż niewinne takie, wcale nie są.
Atar uśpione pragnienia uwodzi,
Kusi błyszcząca pośród płatków rosa.
Ciernistą, wielce, dadzą znać przestrogą
By się nie rzucać na piękno z łapami,
Wdzięk niechaj każdy własną idzie drogą,
Róże się bronią jedynie kolcami.
Trudno przejść obok róży obojętnie?
Czyich nie skusi rąk taka uroda?
By uszczknąć choćby odrobiny piękna,
Pokusa wielka, ale palców szkoda.
Gdyby nie cierni gwardia osobista
Róż by zabrakło – wpis dał archiwista.
Pękło serce
Miało być święto, światełko do nieba,
Zła, krótka chwila…, i radość umarła.
Podłość, podłością nazwać z mocą trzeba;
Śmierć z nienawiści z miłością się starła.
Jaszcze modlitwy, stłumionymi słowy,
Zacne pragnienie, może serce ruszy,
Koło 15- ej w smutny dzień styczniowy
Wszelkie nadzieje komunikat kruszy.
I znów nie brakło hejtu słów niegodnych.
Szambo wylało, cuchnie obrzydliwie.
Kto ich wychował? Pytań niewygodnych,
Zadać musimy dużo i wnikliwie.
Biedny narodzie, który chwasty siejesz,
Róże wycinasz, w złym się ogniu grzejesz.
Tęsknota
Nie wiem czy wiesz, że już zbyt długo,
Dziś, myślę, pewnie też tak będzie,
Zima mnie czyni smutku sługą,
Twego uśmiechu szukam wszędzie.
Mógłbym się najeść brakiem ciebie,
Nawet się upić tym nadmiarem,
Cisza na zmianę w uszach grzebie,
Z leniwym brata się zegarem.
Tęsknoty tylko pod dostatkiem,
I tylko jej się wiecznie śpieszy…
Nadzieję głaszczę, kot mym świadkiem,
Tylko twój uśmiech mnie ucieszy.
Gdybyś zechciała zasnąć obok
Nakrył bym ciebie całym sobą.
Styczniowe świty
Styczeń to…? – pytam – czy końcówka września?
Późny świt szybko wątpliwość rozwiewa.
Zimy bez mrozu, któż by się spodziewał?
Przecież nie jabłoń…, ani nie czereśnia…
Trawa zielona…, zdaje się dziękować,
Wkrótce krokusów zechce towarzystwa.
Kto żyw do lasu…, z grzybów chce skorzystać.
Co ta przyroda może jeszcze knować?
Czy luty będzie tak wyrozumiały,
Czy dla riposty, mroźne wyśle miechy?
Wróble radośnie ćwierkają z uciechy,
W komplecie – dotąd – Nowy Rok przetrwały.
Być może będą martwiły się potem,
Póki co, styczeń rozbrzmiewa świergotem.
Dość zimy
Skoro dość zimy mają już zawilce,
Chętnie bym z tobą wybrał się do lasu
Bo chociaż praca…choć wciąż mało czasu,
Marzę o każdej z tobą choćby chwilce.
Wzajemnie wsparci pospacerujemy,
Drzew rozszumienia wysłuchamy razem,
Pod tamtym znowu kucniesz drogowskazem,
Przylaszczek szukać, i wiosny, będziemy,
Długa, z kwiatami, skończy się rozłąka.
Ptasia się wrzawa wnet rozleje wszędzie,
Z pierwiosnkiem nowa nadzieja przybędzie;
Już czekam treli pierwszego skowronka.
Cały świat wokół znów się zazieleni,
Znów zasmakuję twoich ust czerwieni.
Luty – łaskawy
Zima, chyba już nie wróci!
Wrzośce w słońcu zawołały,
Z wiosną jeszcze się pokłóci…
Wstyd jej przecież – w głos się śmiały.
Nikt nie powie – żal lutego.
Nie chciał śnieżyć… jego strata,
Pewnie nie wie sam – dlaczego
Wiosnę aura z lutym swata.
Krokus się wychyla z trawy,
Wierzba bazie obudziła,
Luty, kwiatom znów łaskawy,
Zima znów się odśnieżyła.
W maju znów zagrozi susza?
Wrzosiec z wdziękiem lęk zagłusza.
Na Walentynki
Radość wróżą słodkie minki,
Podpowiedzą: jak, gdzie, kiedy?
Gdy świętują Walentynki,
Zaciskają zęby zgredy.
Nie im kręcić przyjdzie zadkiem.
Pokaz manier, wychowania
Babć i dziadków dumnym spadkiem,
Na nic, innych ról starania.
Chłoń, celebruj – pókiś młody,
Skoro służą wszystkie członki.
Stare, w miejsce nowej mody,
Kościelnego, pieszczą dzwonki.
Może jakiś klub seniora?
Chętniej zjadłbym muchomora!
***
Dziś radość wróżą młodych słodkie minki
Podpowiadają: Jak, gdzie, oraz kiedy?
W dniu, gdy świętują wszystkie Walentynki,
Zęby zazdrośnie zaciskają zgredy.
Nie im sądzone starym kręcić zadkiem,
Lecz pokaz manier, szkoła wychowania.
To babć i dziadków bywa dumnym spadkiem,
Na nic się zdadzą innych ról starania.
Święto celebruj, gdy masz pesel młody,
Dopóki sprawne wszystkie twoje członki,
Bo starym w miejsce nowej, smacznej mody
Dźwięczą rozkosznie kościelnego dzwonki.
A, może wstąpisz do klubu seniora?
C…..o??!! Wolę świeżą porcję muchomora!
Nie w porę
Uwielbiam wiosnę, lecz nie tęsknię…
Przecież nie było zimy – jeszcze.
Cóż, że krokusem oczy pieszczę
Skoro śnieg poniósł taką klęskę.
Drzew nie widziałem śpiących w bieli,
Dachów, puchową krytych czapą,
Śladów czynionych lisią łapą
Na odświeżonej łąk pościeli.
Mróz nie ściął rzeki, choć na chwilę,
Łyżwy się na nic nie przydały,
Kijki od nart się nie łamały…
Zima uroku traci tyle…
Wolę, gdy wszystko po kolei…
Przebiśnieg się wyłania z bieli.
Oczekiwanie
Pora, by zima prawdę zrozumiała,
Że wiosny wszyscy już jesteśmy głodni,
W niejednym sercu zastawka zadrżała,
W tym jednym biedni z bogatymi zgodni…
Marcowe oczy spragnione zieleni…
Precz, wszechobecne ponure szarości!
Barw rozbłyskami, ciepłem urzeczeni,
Czekamy… każde opóźnienie, złości.
Dzień. coraz dłuższy, przynosi nadzieję,
Że zima już się raczej nie odrodzi,
Gdy słońce nogi zziębnięte rozgrzeje,
Urodzie łatwiej z „mini” się pogodzić.
Prawda, że w przeddzień czeka się najtrudniej,
Nikt się nadziei nie chce kłaniać złudnej.
Pierwszy żuraw
Jest! Pierwszy żuraw, choć środek lutego,
Wiosnę obudził – oko otworzyła.
Zdziwiona wielce, bo nie wie, dlaczego
Śniegu ni śladu – Czyżbym się spóźniła?
Gdzież tam…?! Odwrotnie! To zima o Biebrzy,
Nikt nie wie, czemu, jakby zapomniała.
Dziś rzeka cienką wstążeczką się srebrzy.
Co teraz będzie? Bagien nie podlałam.
Nie znajdą ptaki już miejsca na gody,
Żal patrzeć, cala dolina wysycha,
Gdzie teraz słońce utopi zachody?
…Nakarmię dzieci? – smutny żuraw wzdycha.
Z lękiem o jutro, nadziei ubywa,
Marcowa aura będzie litościwa?
Po walentynkach
Na krótką chwilkę zima przypomniała,
Że też potrafi zachwycić porankiem
Że w swojej szafie kryła niespodziankę.
…Może się nawet w sobie zakochała.
W biel ustrojona, niczym panna młoda,
Przyzna się krocząc po srebrnym kobiercu,
Że wiośnie pragnie uszczknąć nieco wdzięku?
Do swojej sukni barwy zechce dodać?
Jeszcze nie lilie, jeszcze nie gladiole,
Bo przecież straszni zimni ogrodnicy…,
Ale krokusy, ale ciemierniki
Chętnie przećwiczą swoją nową rolę.
Tylko, co na to marzec by powiedział,
Co rzekłby kwiecień, gdyby się dowiedział?
Wam - Sybiracy
Bezkresna Tajga dalekiej Syberii…
Miast krzyża – portret: Stalina i Berii.
Tam dożywocie – to miesiąc, rok, lub dwa.
Głód beznadziejny…, on jeden wiecznie trwa.
„Jak przetrwać? Bracia! Podpowie mi ktoś? Jak?!
Okropnie zimno, najbardziej chleba brak.”
Jesteś Polakiem, a Polak? – Cóż? Nie brat!
„Молчaть! Работать! – Tyś wrogiem Kraju Rad.”
Kto silny – wytrwał, do domu powrócił.
W stęsknionych rodzin objęcia się rzucił,
Tam pozostawił groby, na nich krzyże,
I tylko buran polskie kości liże.
Czasy te straszne, nigdy niech nie wrócą,
Wspomnienia tajgi jeszcze dzisiaj smucą.
Moje wiersze
Moje wiersze, prostym duszom wiernie służą;
Słów o prawdzie i urodzie wiecznie mało,
Rozweselą czasem, czasem nawet wzburzą,
Tak, by w sercu każdym mocniej coś zadrgało.
By niezwykłym pięknem w głowie zaszumiało,
Warto wszystkie jego moce wykorzystać,
Bo poezji, dzisiaj zwłaszcza, jest za mało,
Na tę pustkę niepojętą trudno przystać,
Bo poezja, co uczuciem zawsze żyła,
Nawet podłość pięknym słowem nazwać umie,
Wiele nieprawd na kolana by rzuciła,
Piękną formą umie prawić o rozumie.
Bo poezja wbrew obawom wiele może…
Wielu duszom, wiele przetrwać dopomoże.
Zima
Gdyby honoru odrobinkę miała…
Że się leniła, śniegu poskąpiła…
Gdyby się sama do tego przyznała
Może nadzieja by się jeszcze tliła,
Że za rok zimę białą zobaczymy,
Że też potrafi zaskoczyć urokiem,
Jak lód na Biebrzy trzeszczy usłyszymy,
Gdy świt się niemal spotyka ze zmrokiem,
Że nie zapomną dzieci o bałwanie,
Że zamieć drogi potrafi zamiatać,
Gdyby tak jeszcze zadzwoniły sanie…
Chciałbym ta aurą jeszcze pooddychać.
Gdyby honoru miała odrobinę
Darowałbym jej tegoroczna kpinę.
Moje wiersze (2)
Moje wiersze są proste.
Ktoś rzeknie, że za bardzo…
Warte może Canossy,
Może nimi ktoś wzgardzi…
Są takie. Tak już będzie
Bo ja też jestem prosty,
Urodę dojrzę wszędzie,
Pogłaszczę nawet osty.
Wśród kwiatów kiedyś legnę,
W liliach się zakochałem…
Za modą nie pobiegnę,
Własną drogę wybrałem.
Cel może niezbyt wzniosły;
Szedłem, gdzie oczy niosły.
Panaceum
Znam krawca, który potrafi w pokorze
Cerować duszy niejedno rozdarcie:
Do szczęścia – szepcze – wrota wam otworzę…
Wszyscy na moje liczyć mogą wsparcie.
Kochając, łatwiej wybaczać przychodzi
Wszystkie dawniejsze i nowe przewiny,
Kto by się zechciał przed miłością grodzić?
Kto by narażał uczucia na kpiny?
Cóż, gdy kochanie jedynie się śniło?
Po fascynacji został obowiązek,
Wszak gdyby było, gdyby się, choć tliło,
Rozniecić można by na nowo związek.
Bo każda miłość umie czynić cuda.
Nikt nie potrafił… a jej się to uda.
Pierwszy dzień wiosny.
Pierwszy dzień wiosny, a jakby zimowy.
Aura, poranek gęstą mgłą spowiła.
Każdy na ciepło, zdaje się, gotowy,
W południe słońca triumfuje siła.
Szaleją ciepłem skuszone krokusy,
Nawet tulipan ze snu się obudził,
Ciemiernik, słodkie wokół śle całusy,
Znaku chce, że się na darmo nie trudził.
Gdyby potrafił, chętnie by odtrąbił,
Że zimę mamy już w tym roku „z głowy”,
Ale z rozwagą – kiedyś się przeziębił
Wskutek porannej, mrozu wrednej zmowy,
Bo marzec zawsze wiosnę z zimą wiąże,
Lilia, zaspana…: Co tam? – Jeszcze zdążę.
Skorupka orzeszka
Cały się poddam twemu urokowi,
Świt niech mnie ze snu do zachwytu budzi,
Zapierające dech obrazy wznowi;
Nie po to dzień się tak codziennie trudzi?
Bo ja podobnie – tak, jak większość ludzi –
Piękno podziwiać mógłbym godzinami,
Mnie żaden ogród nigdy się nie znudzi.
Sny, choć czarowne, są jedynie snami,
…Są zbyt ulotne, niczym mgła poranna,
Co oko skusi, w pamięci zamieszka,
I chociaż z nieba już nie spada manna,
Uroda – piękną skorupką orzeszka.
Światu nie braknie wdzięków do odkrycia,
By poznać wszystkie nie wystarczy życia.
W twoje ręce…
Żebym nie myślał… dnia nie ma jednego,
Żebym nie tęsknił, żebym cię nie czekał…
Jedno mnie dręczy pytanie – dlaczego
Miłość łaskawa… a z nagrodą zwleka?
Czy po to żyję, czy doprawdy po to…?
Wszystko co dotąd… niech by było chwilką,
Z trudem przychodzi obrastać tęsknotą,
Życie bez ciebie jest cierpieniem tylko.
Choćbym miał szczęście znać jedynie z wierszy,
Nie każdej cnocie zapłata się kłania,
Póki lśni słońce… niczym po raz pierwszy…
Kocham i będę czekał zmiłowania.
A tobie głośno lub, gdy wolisz, skrycie
Wyznam – w twe ręce oddam moje życie.
Wiosna!
Pomimo wielkiej za śniegiem tęsknoty
Nikt się nie przyzna, że wiosny nie czekał,
Bo któż by słońca nie pragnął pieszczoty,
Kto by z radosnym jej przyjęciem zwlekał.
Wiosna nie puka, nie pyta nieśmiało,
Każdym dniem świadczy, że najwyższa pora…
Po dziwnej zimie śladu nie zostało…
Na wiosnę chora? Trzeba jej doktora?
Popatrz! Krokusy kwitną jak szalone!
Pąki piwonii drzewiastych pękają,
Śmieją się oczy wszelkich barw stęsknione…
Zachwytem wszystkich wokół zarażają.
Niezmiennie, wiośnie jesteśmy życzliwi.
Mnie ta życzliwość zupełnie nie dziwi.
Z czubka brzozy
Z mojego okna spoglądam na brzozy;
Kogo nie cieszy biel niezwykłej kory?
Gdy słońce wreszcie rozgrzewa prognozy,
Nadwyrężone poprawia humory,
Kruk, smętnym wzrokiem horyzont zamiata,
Wielce spragniony, ciepła wypatruje,
Bo z czubka brzozy – lot, to sił utrata –
Radosne wątki znacznie lżej się snuje.
Gdzieś, na południu kruczopiórzy krewni
Cieszą się wiosną prawie od miesiąca,
On i sąsiedzi jeszcze są niepewni,
Rwie się nadzieja do tej pory śpiąca.
Jeszcze chwileczkę… jeszcze tydzień chłodny,
Kruk się doczeka … smacznej wiosny głodny.
Z wiatrem, czy pod wiatr…?
Gdybym mógł znowu… poszedłbym pod wiatr,
Bo wtedy - pewna - przygoda mnie czeka,
Cóż… niepogoda? Cóż, że czas ucieka,
Skoro wędruję od morza do Tatr.
Gdybym się wybrał w drogę z ciepłym wiatrem,
Od Tatr do morza, to jakbym w miejscu stał,
Potem zlałbym się, być może tylko zgrzał,
Świat by mi dusznym jawił się teatrem.
Droga podobna – ktoś by rzekł – jednaka,
A jakże inne role do spełnienia.
Wiatr w oczy, słabych w gladiatorów zmienia;
Trud większy, ale panorama, jaka…
Sielanka? Owszem, mila być potrafi,
Ale na listę pragnień mych nie trafi.
Zapytał…
Losie! – zapytał – czeka mnie coś jeszcze?
A los, bez zwłoki: Ty mi spokój burzysz!
Wszystko w twych rękach…, do roboty bierz się!
Może na moje uznanie zasłużysz.
Otuchą wsparty, czy rady posłucha?
Gorycz zwątpienia odda nieszczęśliwym?
Optymizm, w wierze odnajduje druha,
On ryzykantom wszelkich barw życzliwy.
…Jeszcze zachwytem swe pragnienia zwiąże,
Sny precz odeśle, niech idą do diaska,
Bo czasu nie ma, bo nie wie czy zdąży
Nim skomleć zacznie – Miłości! Co łaska!
…Tylko rozsądek cicho podpowiada:
Nie błagaj, o co błagać nie wypada.
Bo gdybym…
…Bo gdybym siedzieć musiał grzecznie
Z rękoma jak najbliżej ciała,
Mógłbym to robić nawet wiecznie,
Choćby mi pustka pozostała.
Choćbym miał nigdy nie zobaczyć
Innych uroków tego świata,
Choćby to miało nic nie znaczyć,
Rok bez was – to by była strata!
Nikt nie ma strojów tak paradnych,
To niczym seks za wspólną zgodą,
Nie czekam w życiu nagród żadnych,
To wy jesteście mą nagrodą!
…Bo ja nie widzę się w zaświatach…
Bo jak już kochać się to w kwiatach.
Dopóki
Kocham,.Zasypiam z tym wyznaniem,
Którego nawet nie usłyszysz.
Pal licho z nocą, pal… ze spaniem.
Rozsądek szepcze – na co liczysz?
Nie przyjdzie, bo choć obiecuje,
Coś, od pragnienia, więcej znaczy;
Tęsknocie, słowo nie współczuje,
Zresztą nikt słowa nie zobaczy.
Nie dawaj mi nadziei złudnej.
Nadzieja złudna… jak trucizna,
Po której też zostaje blizna,
I żyć z nią będzie jeszcze trudniej.
…Bo póki słowa dotrzymujesz
Czuję, że wciąż to samo czujesz.
Dotyk
Urodą wzrok mój uwodzisz.
Dzielnie się spisał Twój malarz.
Odkąd mym sercem dowodzisz,
Dotykiem miłość rozpalasz.
Okryć cię pragnę sonetu
Uroczą, zwiewną sukienką,
Byś kiedyś zamiast portretu
Była mych wspomnień wisienką.
Twój wdzięk w pamięci zapiszę,
Do rana przecież nie zgaśnie.
Pragnienia nasze uciszę,
Słowo rozkosznie dziś zaśnie.
…A strofy znowu w rozterce…
Urodę sławić – czy serce?
Jak w domu
Jeżeli życie jest największą łaską,
Szczęściem, na które cnota zasługuje,
Śmierć nazwać można wręcz niegodziwością,
Trucizną, która w życiu się lubuje.
To jakby wierszom odebrać litery,
Kazać im przetrwać pod postacią duszy,
Drogę do wiecznej wskazać im kariery,
By znów rozbrzmiały gdzieś w odleglej głuszy?
Kusi nadzieją słodka obietnica
Złożona dawno i jedynie ludziom,
Że wprawdzie umrą, jak wiara kibica
Szybko – już jutro – na zawsze się zbudzą.
Nie! Nie chcę wiary odbierać nikomu.
Niech się rozgości i czuje jak w domu.
Miłość (3)
Zawsze niechętnie się z wyrzeczeń zwierza,
Nie za coś… przecież… wiernie trwa pomimo…
Znienacka spada z niepojętą siłą,
Z rzadka się zdarza, że się wpierw przymierza.
Bywa… przychodzi miłością zwabiona,
Na próśb starania śmiechem się zanosi;
Nie zazna wsparcia, kto o miłość prosi,
Zazwyczaj błądzi… i nie wie co ona…
Przez lata cieniem nawet nie oznaczy…
Aż nagle, jakby spuszczona ze smyczy,
Świata nie widzi, i nieomal krzyczy.
Czasem sielankę zmienia w szlak tułaczy.
Szczęśliwa, w pięknej latać da przestrzeni,
Skrzydeł dodaje – siłaczką się mieni.
Nad Biebrzą żałoba
Nad Biebrzą cisza – stypa podczas godów,
Nawet twardziele na ten widok płaczą.
Tyle jest wokół cierpienia powodów,
Spalone gniazda czas gehenny znaczą.
Tak wiele zwierząt uciec szans nie miało,
Pilnując lęgu ptaki się nie wzbiły,
Instynkt zabronił im wyjść z ognia cało,
W strasznej pułapce żywcem zapłonęły.
…Gdyby to były wyroki natury
Pewnie by taki powód nam wystarczył,
Ale to człowiek – darłbym z niego skórę –
Ciężko sumienie grzechami obarczył.
Nigdy nie zazna już snu spokojnego,
Gdy tylu braci zginęło przez niego.
Nie wiem
Nie wiem – choć chciałbym – dlaczego mi prawo
W objęciach jodły nie pozwoli spocząć?
Choćby dlatego iść będę niemrawo,
Z utartej drogi stare nogi zboczą.
W jodłowym chętnie skryłbym się półcieniu,
Nic przeciw – wierzę – śliczna by nie miała,
Niechby szeptała przyszłym pokoleniom,
Że wieki będzie sercem mym władała,
Że własną ręką, kiedyś ją sadziłem,
Z troską, by w dobrym towarzystwie trwała,
I przyjacielem jej najlepszym byłem;
Gdyby mą zostać wizytówką chciała…
Dlaczego prawo jest bezduszne takie…
Przecież atomy wszystkie w nas jednakie.
A kuku
Codziennie rano budzi mnie kukułka.
Mówią znajomi: Ale ty masz farta.
Gdyby ze szczęściem miała jakąś spółkę
Byłaby wszystkich skarbów świata warta.
Ale to tylko ptasie są rozmowy
„Kukułek” znalazł gniazdko pełne jajek,
To on miał szczęście, drobny zawrót głowy;
Kto wierzy wróżbom ptasich podfruwjek?
Jeżeli tylko pokochamy życie,
Za to co było mu podziękujemy,
Wszelkie problemy będą takie tycie…
Lepiej już nigdy się nie poczujemy.
Nie warto szczęścia powierzać kukułce.
Nawet nie myślę o, z kukułką, spółce.
A niech to diabli
A niech to diabli
Tak, tak kochani... najprawdziwsza prawda...
Całe Podlasie w śniegu, w środku maja,
I to nie skąpo jakoś, ale cała zgraja...
Tego nie znała pamięć nawet dawna.
Tyle na razie, na gorąco rzeknę,
Może mój sonet później uzupełnię,
A obietnicę mą solennie spełnię,
W nim zimy zemstę w ostrych słowach przeklnę.
Miałem opisać urodę jabłoni,
Bo wystrojona była jak do ślubu.
A niech to diabli... Pankracego klubu
Już nie zapomnę, wredny... niech się goni.
Nie będę więcej się nad śniegiem znęcał,
Bo czasu szkoda bym mu go poświęcał.
Cokół
W czeluściach swej pamięci grzebie
Z nadzieją, że odnajdzie spokój,
Lecz nie znajduje wątków tłoku,
Za które czeka miejsce w niebie.
Więc, kiedy prosi rąk pomocnych,
Wielkim ciężarem przytłoczony,
Rozgląda się na wszystkie strony,
A wokół pusto… Nie ma mocnych.
Gorzki smak poznał poniżenia,
Gdy wszystko tak bezduszne wokół
Ruchu nie zrobi, niczym cokół
Pomnika, który za cierpienia…
Tylko frazesów pełne gęby
Na, których dawno sam zjadł zęby.
Czy wiecie…
Czy wiecie, za co kocham koniec maja?
Za tamaryszek i rododendrony,
Za bzy – co wiośnie wierność przysięgają,
Za łany maków tańczących – miliony,
Za, w ślubne suknie strojone kaliny,
Za blask żarnowca, ukradziony słońcu.
Gdy z pracy wracam, jak uśmiech dziewczyny,
Azalii witam fetę barw kojącą.
Jeszcze zza liści konwalia wygląda,
Magnoliom z majem pożegnać się trudno.
Wszystko… z zachwytem funkiom się przygląda,
Stokrotce spojrzeń rzuci kilka – cudnej.
Maj znów się sprężył, znów wyzwaniom sprostał;
Nowy garnitur każdy świerk znów dostał.
Dokąd płyną chmury?
Słuchajcie, w gwarze zakochani,
Zauroczeni miejskim tłokiem!
To przecież Panu… tamtej Pani…
Życia ubywa z każdym krokiem.
A tyle piękna Wam umyka –
Zachody słońca, mgły o świcie…
Nie chcę uchodzić za cynika –
Wy nawet straty nie widzicie.
Dosyć nie macie już hałasu?
Wyziewów z wydechowej rury?
Jak długo da się żyć bez lasu…
Nie widząc dokąd płyną chmury?
Ja w tłoku zawsze źle się czuję,
Znam miasto… więcej nie spróbuję.
Maj 2020
Majówek skąpi maj nam tego roku,
Z marcem za pan brat, jakiś zimny taki,
Ciepłem zachucha nieśmiało – z doskoku –
Jakby zimowe chciał naprawić braki.
Słońce strajkuje, w murach marzną dłonie,
Kaloryfery dawno już nie grzeją,
Wiatr ciemne chmury gna po nieboskłonie,
Deszcz niby pada, a myśli smutnieją.
Koronawirus nie oddaje pola…
Kiszą się wątki w nazbyt wąskim gronie,
A sny nawiedza wolności swawola,
Znana szczęśliwie w dal pędzącym koniom.
Zziębniętych dudków cichnie radość wszelka;
Jak nie maj wcale… Chwilowa usterka?
Nadzieja z losem…
Nadzieja, z losem już od wieków toczy
Zawzięte spory, kto z dwojga ważniejszy.
Los – nikt rozsądny się ze mną nie droczy,
Pomyślność – jestem darem najcenniejszym!
Bo cóż z nadziei, gdy Mojra zapomni,
Że winna ciągłą sprawować opiekę,
Skoro po Ziemi wędrują bezdomni,
I toną, kiedy pokonać chcą rzekę?
Niemal natychmiast nadzieja się rodzi
I podpowiada, że los bywa ślepy,
I mimo nocy, pomimo powodzi,
Dopóki żyje – słabym doda krzepy.
Niech zatem każdy, wieczny spór osądzi,
Co najważniejsze, i co życiem rządzi?
Perła demokracji
Wybory – do niedawna demokracji perła,
Wszystkim wierzyć dawała, że jest nieprzekupna.
Cóż z tego, że niezwykle jak na wiek rozrzutna.
Wyraźnie, tak z wiejska… ostatnio się „zderła”.
W niesamowitą armię fanów uzbrojeni,
Skąd na to wszystko mają, tłum ich nie zapyta,
Więc prawda pozostanie dla ogółu skryta,
Nie pierwszy raz się kłamstwo, nagą prawdą mieni.
Bez pokrycia obietnic jeszcze tylko kilka…
Ze dwa, biednemu sercu, miłe upominki…
Na dużej pajdzie chleba trzy plasterki szynki,
I wypełniona dumą pochlebstw dłuższa chwilka…
Jeszcze się emerytom szybką doda stówkę…
Precz z „euro!” – dodrukują kochaną złotówkę!
Plotkara
Pani się plotką chciałaby zajmować…
Uwagę skupić zgromadzonych wokół…
To może pani smaku chce spróbować…?
Proszę posłuchać i nie spuszczać wzroku.
Plotki są takie interesujące…
Takie bezkrwawe w ciało szpil wbijanie…
Wiarę w człowieka iskry ledwie tlące
Gasząc z uciechą… inni patrzą na nie.
Ależ, to nie tak…! Ja tylko słyszałam…
Krzywdy nie chciałam nikomu uczynić,
Niecnych zamiarów ja nigdy nie miałam,
Czyż można radio za złe wieści winić?
Radio? Ja przecież języka nie winię –
Wybacz prosiaczku – podłą winię świnię.
Poezji treści
Wiersz umie różne w strofach zmieścić treści,
Właściwie – wszystkie porusza tematy:
Że szumi woda, że papier szeleści,
Że modne będą znowu szkockie kraty.
Można napisać o dziurze w skarpecie,
O tym jak trzeba w towarzystwie kichać,
O kluskach można z dziurką… o kotlecie;
Można bez końca do miłości wzdychać.
Tęsknota częstym poezji tematem…
Marzenia, kwiaty, że już przyszła wiosna…
O tym, że człowiek człowiekowi bratem…
Gdy nie ma, o czym – o drodze do Krosna.
Och! Zapomniałem… można o pogodzie
Bo każdy powód jest sonetu godzien.
Popatrz…
Popatrz! Do szczęścia nie potrzeba wiele:
Na własnym niebie starczy promień słońca,
Kropelka rosy pośród traw błyszcząca,
I maj zielony. Widzisz? Kwitną biele.
Magnolie wiosnę jeszcze bardziej słodzą,
Nie przejdziesz obok z miną obojętną,
Od jej uroku wszystkie serca miękną,
Wszystkim wybrednym estetom dogodzą.
Nawet największą tęsknotę ukoją,
Odgonią myśli majowi niemiłe
Bo maj ma w sobie pełną magii silę,
Bo myśli czarne maja się wręcz boją.
Jak czoła zmarszczki wnuczka twarz wygładza
Tak smutki zimy wiosna wynagradza.
Przebój czerwca
Maj się już kończy, już czerwiec się czai,
Koncertmistrz słowik długiej czeka nocy,
Skoro już ogród cały się rozmaił
Zaprasza letnie ciepło do pomocy.
Bo jak ma w zimnie arie swe wyśpiewać,
Swej lubej miłość serenadą wyznać?
Będzie się pewnie miła nocą gniewać;
Jak ma się facet do niemocy przyznać?
Lubiłbym czerwiec, gdyby nie komary…
Noc trudno przespać przy zamkniętym oknie,
Nie ma zbyt srogiej dla krwiopijców kary,
Bzykanie przyjdzie przeklinać stokrotnie.
Przez chór insektów cień pretensji znika,
Że spać nie dają zaloty słowika.
Przed Dniem Dziecka
Jutro Dzień dziecka, a ja mam wrażenie,
Że nasze wnuki cały rok świętują?
Bo kiedy pytam młode pokolenie,
Któremu szczęście codziennie serwuje,
Życie, jakiego nikt przed nimi nie miał,
Dlaczego sądzą, że tak zawsze było,
Że las wciąż szumi tak, jak zawsze szumiał.
Nam się to nigdy nawet by nie śniło:
Że się zabawa każda szybko znudzi,
Że już pomysłów na prezenty braknie,
Że świat się cały bezustannie trudzi,
Bo dziecko jutra wciąż nowego łaknie.
Świecie! Podpowiesz starym dokąd zmierzasz!
Długo w obłędzie tkwić jeszcze zamierzasz?
Różowe szpaki
Różowe szpaki znowu ją obsiadły,
W uroczy sposób witają się z majem.
Jak ja uwielbiam tych szpaczków zwyczaje…!
Pewnie, że kocham ich skrzydełka, zgadły.
Bo jak się można w magnoliach nie kochać?
Choćbym nad siły okupił to trudem,
Każdy bym skrawek obsadził tym cudem,
Chociaż za jodłą serce będzie wzdychać.
Martwi mnie nieco, że już nigdy w maju
Chwili spokoju nie znajdę, ze świecą,
Bo cała Polska zjawi się by nieco
Uszczknąć uroku anielskiego gaju,
Lecz zaraz myślę – czemu nie spróbować…?
Czy można piękno to przed światem chować.
Spotkanie
Dziś ją spotkałem, rzekłbym, po rozłące,
Na którą przecież nie zasługiwałem.
Bez niej tak smutno… Tak! Oczekiwałem…
Wspomnienia w głowie tliły się kojące.
Taka drobniutka, a tyle fermentu…
Tyle zapału dodać dniom potrafi.
Wiem, że to głównie sprawka sentymentu,
Bo ona zawsze w moje myśli trafi.
To jakby zajrzeć szczęściu prosto w oczy,
Jakby się przenieść z niebytu do bycia,
Odkryć odwieczną tajemnicę życia,
Głośno wołając – Życie! Tyś urocze!
Pytacie, kto to…? Stokrotką wzrok pieszczę,
Póki słów starcza, póki mogę jeszcze.
Świat jest piękny
A czas nie stanął choćby na minutę,
Tak wiele może… tego nie potrafi.
Jedynie twarz ze starej fotografii
Obudzi pamięć jakby mgłą zasnutą.
Bo każde trwanie jest jedynie chwilą,
Dłuższą, lub krótszą… kto to wie, dlaczego…
Nie znam powodu jednego, dobrego –
Bo metr jest metrem, a mila jest milą.
Bo pewnie jest… bo tak być musi…
Choć może ktoś by przyjął to z niesmakiem,
Sosna niech sosną będzie, a pak – ptakiem.
Ja ten świat lubię – zmiana mnie nie kusi.
Bo świat jest piękny, w pięknie swym – jedyny,
Jak uśmiech w oczach tej jednej dziewczyny.
Wiatr
Jest ktoś, kto więcej by od słońca wiedział?
Przecież to ono wszystkiego dogląda.
Pamięta nawet jak Wenus wygląda
I Zygmunt Stary, gdy na tronie siedział.
Wiatr by jedynie wszędobylskim uchem
Prawdę błądząca pośród chmur wyłowił…
Kto nad intencją wiatru by się głowił,
Skoro on tylko niewidzialnym druhem…?
Zapewne mroczne nawet zna sekrety,
Łatwo we wszystkie wciśnie się zakątki,
Ale on woli myślom plątać wątki,
Natchnieniem zostać jakiegoś poety.
Polom uwielbia łany zbóż wachlować
By się po chwili gdzieś za lasem schować.
Zapytaj…
Zapytaj dębów… starych lip zapytaj…
Lepszych doradców oczy twe nie miały.
W nich się, jak księgach z dawnych wieków czyta,
Jak własną kieszeń Podlasie poznały.
Podpowiadają, że zima nie wróci,
Że dalie można sadzić bez obawy,
I niech się żaden z nimi gbur nie kłoci,
Nikt w przepowiedniach nie ma większej wprawy.
Wiedzą, że pośpiech doradcą jest marnym,
Zbędne ryzyko jawi się głupotą.
Wszystko się wokół zmieni w ogród gwarny.
Wszechwładna zieleń zatęskni za słotą.
Powiędną liście na niejednym pędzie.
Jeżeli lato deszczu skąpić będzie.
Wspomnienie
Czerwcową porą pamięć ci poćwiczę
Oczy, gdy przymkniesz pewnie je zobaczysz.
Rumiany, maki, chabry, że nie zliczę,
W zbożach buszują – dziś im to wybaczysz.
Kiedyś, dręczące chwasty, bieda cała,
Nikt, ich urodą zbytnio się nie cieszył,
Może dziewczyna słabość do nich miała,
Chłopak z bukietem do swej lubej śpieszył.
Łza może nawet błyśnie w oku skrycie,
Kiedy obrazy z dawnych czasów wrócą,
Kiedy szacunek rośnie dla wszelkiego życia,
Bezbarwne miedze stare oczy smucą.
Co kiedyś było chwastem – utrapieniem.
Teraz uroczym, młodości wspomnieniem…
Warto było
Czerwiec się z lipcem wkrótce spotka;
Czy ktoś się przyzna, że nie lubi lata?
Życzenia spełnią się podlotka;
Znowu wakacje, zasłużona laba.
Nad morze jechać… nad jezioro?
Krajem się cieszyć, może zagranicą…?
Deszcz się okazać może zmorą,
Z gradu się można spotkać nawałnicą.
Pamiętam – kiedyś, dawno temu,
Niezwykły to był lipiec pod namiotem,
Deszcz siąpił stale, nie wiem, czemu,
Ale w pamięci chowam wszystko potem…
Bo całe życie się zmieniło;
Łatwo mi dzisiaj wyznać – warto było.
Trudne zadanie
Trudno ból ukryć uśmiechu pozorem,
Do złej gry ciężko słodkie robić miny,
W nieswoje wiecznie wcielając się role,
Ale najtrudniej nie kochać dziewczyny.
I nic, że z góry nocą spoglądają,
Niech sobie patrzą, nawet niech zazdroszczą,
Na sercach przecież gwiazdy się nie znają
Chociaż na randkach niemal wszystkich goszczą.
One daleko… Księżyca zapytam
Czy choćby szanse powodzenia widzi,
Przyszłość w srebrzystej jego twarzy czytam,
Nie łatwo lustro czymkolwiek zawstydzić.
Łatwiej przychodzi w śnieg uwierzyć latem,
Niż Jej odmową chwalić się przed światem.
To jakby…
To jakby ślepiec barwy miał oceniać,
Głuchy, nagrody przyznawać słowikom,
Łotr podłą wizją świat na lepsze zmieniał,
To jakby menel miał dodawać szyku.
Choćby się nazwał najwspanialszą zmianą,
Świetlaną przyszłość Polsce obiecywał,
Darmową gęsią kusił lud – owsianą,
Gdy sprawiedliwy by jedynie bywał,
Innego zadnia nigdy nie dostrzegał,
Świętą był krową, panoszył się wszędzie,
Jak ”kot z pęcherzem” za prezesem biegał,
Mojego głosu nigdy nie zdobędzie,
Bo dla mych wnuków chcę wolnego kraju,
Bo tylko wolnym żyć mogę jak w raju.
Pomimo… za coś
Niekiedy z raju krok do piekła…
Bywa, że starczy jedno słowo.
Obrona swego zbyt zaciekła,
Po grób miłować nie gotowa.
Bo każda siła zbyt zachłanna,
Miłości, każdą cząstką przeczy,
To nie nadzieja bezustanna,
Której byle co nie zniweczy,
Że wytrwać trzeba podpowiada…
Miłość „pomimo’ jest coś warta,
Lepiej dobrego mieć sąsiada…
Tę „za coś” przyjdzie słać do czarta.
Tam tylko będzie jak u siebie…
Nie jej o wodzie żyć i chlebie.
Pani mnie pyta…
Pani mnie pyta, jakie mam intencje?
Czy mi wystarczy zacnej cierpliwości?
Jakie tych spotkań będą konsekwencje?
Jakie mam zdanie na temat miłości?
Intencje – dobre, cierpliwość – zachowam,
Za konsekwencje też wszystkie odpowiem.
Miłości szukam, wierności dochowam,
Lecz niepokoisz mnie prześliczna, bowiem,
Pragnąłbym bardzo byśmy się poznali,
Byśmy dotknęli granic tolerancji,
Potem być może mocno pokochali.
Proszę. Nie pragnij już dzisiaj gwarancji.
Ciągle pytania słyszę dociekliwe…
Poznajmy moce uczuć swych – prawdziwe.
Niech mi się przyszłość…
Kiedy się szwendam w myśli zakamarkach
Zamykam oczy i zatykam uszy
Bo życie miesza niczym chochla w garnkach,
Bez znieczulenia każdy spokój kruszy.
Niech mi codzienność marzyć nie przeszkadza,
W pięknych iluzjach cały się wykąpię,
Niech dar pamięci mi niuanse zdradza,
Niech mi nie mówi – Ja ci wspomnień skąpię.
Pomocną niech mi służy podpowiedzią
Czyż nie do tego słodkie echo służy?
Nie chcę truć zmysłów szarością gawiedzi,
Niech mi się przyszłość jak najmocniej dłuży.
Niech się wypełnią myśli zakamarki,
Miłym doznaniom niech zabraknie miarki.
Kukułka
Kukułka często słodzi mi poranki
Cicho, za oknem: kuku... kuku... wzywa.
Któż by nie pragnął takiej niespodzianki
To nie z zegara, wersja dokuczliwa.
Nie budzi co dzień; wczoraj jej nie było,
Pewnie znalazła więcej miłośników.
Radio, pobudką chętnie wyręczyło,
Więc nie zaspałem, dwóch mam snu strażników.
Spać, nieco wcześniej kładę się wieczorem,
Żeby nie przespać kukułki wołania
Wstaję wyspany, tryskając humorem,
I jakby słodsza kawa do śniadania.
Miło, gdy budzić zechce przyjaciółka,
Żal, że z daleka, i że to kukułka.
Kto nie ugości…
Nie każ nadziei czekać niepotrzebnie
Bo skoro żyje, nie jest nieśmiertelna,
Siłaczką wprawdzie, i zazwyczaj dzielną,
Z braku nadziei nie zapłacze rzewnie.
Nikt jej nie wytknie, że gwiazda niedzielna…
Że łaskę robi, że taka leniwa,
Zakompleksiona, ludziom nieżyczliwa.
Bez miłosierdzia, nonszalancji pełna,
Bo która zacna głowa, nawet siwa,
Choćby zgubiła drogę w gęstej kniei,
Poddać się zechce władzy beznadziei,
Bo któż nadziei skrycie nie podziwia,
I skoro nie zna życia przeciwności,
Kto jej z całego serca nie ugości?
Dopóki życia…
Śpieszcie się, śpieszcie – myśli rozedrgane –
Skoro już lato, nie zwlekajcie, proszę.
Bez was z trudnością każdy miesiąc znoszę,
W liliach me oczy wiecznie zakochane.
Tyle tęsknoty ukoić musicie…
A lato krótkie, nie wystarczy czasu,
Bo trzeba jeszcze wyskoczyć do lasu,
Biebrzę odwiedzić – tam także jest życie.
Może na Grzędach znajdę martagony,
Z okruchem szczęścia może mi się uda,
Bo są cudowne, choć nie wierzę w cuda,
Bo może zdążę złożyć im ukłony.
Śpieszcie się moje ukochane, śpieszcie
Póki nas letnie słońce pieści jeszcze.
Co bardziej…
Jedynie tęsknić wolno mi do woli,
Cierpliwie czekać i płakać, jedynie.
Jedynie miłość przetrwać mi pozwoli,
Choć z trudem, kiedy czas tak wolno płynie.
Lecz skoro kochać mi wolno jedynie,
Do tej jedynie się szykować roli,
Niech dzień mi każdy jeszcze wolniej płynie,
Niech mi odmowy dożyć nie pozwoli.
Lecz skoro szczęście z pocieszeniem zwleka
Może niech miłość też o mnie zapomni,
Skoro mi mokra sądzona powieka,
Miast stale cierpieć, wolę żywot skromny.
Co bardziej boli? Wieczne o brak… żale,
Czy żyć z dnia na dzień, nie kochając wcale?
A, kuku...
Wrednym kukaniem budzi mnie, co rano
Zaspana jestem, a on – Kuku...! Stale
Drze się ze ściany podróba Cyrano,
O me potrzeby nie martwi się wcale.
Przecież tak życie zatruć cale można…
Co ja zrobiłam? Wnet mu drzwi pokażę…
Po prostu, byłam wtedy nieostrożna,
Miłość zapewnia:: „Budzić cię wciąż, marzę”.
Wahadło wyrwę! Niech na mnie nie krzyczy!
Nerwicę ciężką, kukaniem wywoła.
Znam już lekarstwo porannej goryczy;
Kukułki nie chcę, zaproszę dzięcioła.
Miej na uwadze wybierając pana
Jaką potrzebę masz kochana, z rana.